Cześć słońca! Witajcie w pierwszym tegorocznym wpisie. Na początku chciałabym serdecznie powitać wszystkich nowych subskrybentów - parę osób dołączyło do mailingowej listy w ostatnim czasie, co bardzo mnie cieszy! Dziękuję za zaufanie zarówno od nowo przybyłych, jak i tych z Was, którym “Słoneczne wieści” towarzyszą dłużej. Mam nadzieję, że dobrze Wam się czyta teksty, które dla Was piszę ☺️ A dziś wyjątkowo nie będę opowiadać o moim rysowaniu komiksu (kolejne strony “Moret” stopniowo powstają, nic więcej do dodania w temacie nie mam), ale będzie wciąż o twórczości: trochę o mojej - choć innej niż byście się mogli spodziewać - i całkiem sporo o… cudzej. Przygotujcie się na długą lekturę, bo wyszło mi zaskakująco dużo pisaniny!
Możecie tego nie wiedzieć, bo nie jest to coś, czym się chwalę, ale w mojej szeroko pojętej twórczej działalności zdarzyło mi się… nagrać parę piosenek.
W czasach liceum i studiów marzyłam o byciu wokalistką zespołu rockowego (najlepiej w klimatach ówcześnie dużo słuchanych przeze mnie japońskich zespołów, szczególnie Moi Dix Mois), ale ponieważ byłam zawsze nieśmiałą introwertyczką, na marzeniach się właściwie kończyło. Ale tylko do czasu, bo pewnego razu stwierdziłam, że czemu nie spróbować stworzyć czegoś… samej.
Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie jeden problem - nie umiem grać na żadnym instrumencie! Wcześniej próbowałam swoich sił z gitarą akustyczną, potem z keyboardem, ale bez zadowalających efektów. Mimo to nie odpuściłam marzenia o nagrywaniu piosenek. W końcu los się do mnie uśmiechnął w postaci odkrycia programu FL Studio, dzięki któremu mogłam całkiem skutecznie udawać, że wiem co robię. Tym sposobem w 2010 roku stworzyłam swoje pierwsze utwory, z wokalami nagrywanymi mikrofalówką (tzn. dziadowskim mikrofonem), które wrzuciłam na już wtedy dogorywającego MySpace’a.
Mam zawsze problem z określeniem gatunku, w jakim tworzę moje kawałki. Nie dlatego, że to jakieś super niszowe niewiadomoco, o nie nie! Po prostu… wydaje mi się, że nie jest to coś wprost podobnego do muzyki, której lubię słuchać. Z czasem znalazłam dość ogólne, ale chyba najlepiej opisujące określenie: mroczny alternatywny pop.
Ostatecznie nagrałam 3 EPki: “Creature” (2012), “The Last Traps” (2015) oraz “Ecce Homo” (2017). I choć chciałam muzycznie dalej działać - szczególnie po tym jak niespodziewanie “Ecce Homo” zostało zauważone przez Trómiejską Encyklopedię Muzyczną, której twórcy zaprosili mnie do wykonania małego koncertu (dotąd jedynego w mojej “karierze” xD) - z powodu różnych utrudnień, głównie natury technicznej, straciłam parę i zainteresowanie. I tak mijały lata, a ja już w tych ostatnich myślałam, że to koniec i nie opowiem tych muzycznych historii, które miałam w planie…
…aż do początku tego roku, gdy nagle, jak grom z jasnego nieba, obudziło się we mnie pragnienie, by jednak moje dawne plany zrealizować. Szczególnie, że muzyka i teksty do następnej EPki powstały właściwie krótko po wydaniu “Ecce Homo” i czekają tylko na drobne poprawki i nagranie wokali. Pchnięta niespodziewanym przebłyskiem muzycznej weny, kupiłam więc mikrofon - pierwszy raz w życiu porządny (jak na mój budżet). Póki co nagrałam próbne wokale, żeby zobaczyć, jak w ogóle brzmię (okropnie! ale jakość dźwięku jest zdecydowanie lepsza od tego, co nagrywałam w przeszłości) i… zobaczymy, co z tego wyniknie. Ale podtrzymywana moim buntem wobec generatywnej sztucznej inteligencji i wrodzonej chęci tworzenia czegoś swojego, jestem dobrej myśli!
Żeby było jasne - mojej muzyki w żadnej mierze nie da się nazwać dobrą; nie jestem uzdolnioną wokalistką, a pisane przeze mnie teksty są grafomańskie. Być może dlatego miewam opory przed dzieleniem się moimi utworami, w przeciwieństwie do rysunków i komiksów, które z pewnością wychodzą mi lepiej. Ale też mam wrażenie, że nie o to chodzi, by ta muzyka była dobra. Ja po prostu… chcę ją tworzyć. Chcę z jej pomocą snuć różne mniej lub bardziej dziwne opowieści. I nie widzę żadnego powodu, by niedoskonałość stanęła mi na przeszkodzie.
Wszystkie moje EPki można znaleźć na Bandcampie. Na Spotify jest na razie tylko najstarsze “Creature”, pozostałe czekają na akceptację. Polecam najbardziej trzecie wydanie, czyli wspomniane “Ecce Homo”, bo według mnie brzmi najlepiej. Choć wcześniejsze też mają swoje momenty, lepsze i gorsze… Z lepszych wymieniłabym na pewno utwory “Burning Forest”, “Sad Bear” czy “Sleep”, przynajmniej mi się one podobają. Czy Wam się coś z tego spodoba - na to oczywiście nie mam już żadnego wpływu…
Jak pewnie większość z Was wie, jestem autorką niezależnych komiksów. Decyzja o niezależności wynikała u mnie początkowo z pewnej wygody i łatwości - nie musiałam szukać wydawcy, by w małym nakładzie opublikować swoje prace, bo koszty druku nie były przesadnie wygórowane (i uważam, że nadal nie są, choć oczywiście przez te kilka lat zdecydowanie wzrosły). Po pewnym czasie zaczął mi się jednak podobać jeszcze inny aspekt tej formy publikacji - pełna kontrola. I nawet jeśli jeszcze parę lat temu przemykały mi myśli o tym, by może spróbować nawiązać współpracę z jakimś wydawnictwem, świadomość, że prawdopodobnie musiałabym iść na pewne kompromisy, nie do końca mi odpowiadała. Oczywiście, inną kwestią jest, czy jakikolwiek wydawca chciałby ze mną współpracować… Tak czy siak, odrzuciłam ten pomysł. Być może kiedyś zmienię zdanie, ale póki co niezal w pełni mi odpowiada - mimo że też oczywiście ma swoje minusy. Ale lubię mieć kontrolę nad tym, co tworzę i jak to prezentuję.
Lubię też czytać niezależne komiksy, choć w ostatnich latach czytam mniej, bo mniej jeżdżę na imprezy tematyczne, mniej się wystawiam, więc i mam mniej kasy na dodatkowe wydatki… i tradycyjnie mniej miejsca na półce… Ale wracając do głównej myśli: uważam, że niezależne autorki/autorzy mają do zaoferowania równie ciekawe opowieści, co twórcy “mainstremowi”1. Nie zawsze są to rzeczy, które treściowo można by określić jako totalny underground czy dzieła “artystowskie” - czasem wpisują się w estetykę, tematy, klimaty, które równie dobrze sprawdziłby się w tradycyjnym obiegu, bo wpisują się bez problemu w gust szerokiej, jak na nasz rynek, publiczności. Jako przykłady wskazałabym oczywiście prace moich koleżanek z SEMPowego kolektywu - “Cwaniarę” od Emi i “Literacką Agencję Detektywistyczną” Pauliny - a także parę innych tytułów, jak choćby “Yaoi Market”, “Jastrzębia Pieśń”, “Wianek”, “Stachanowiec in Space”, “Black Hound”, “Trust Your Sight” czy “Papatu Para Para #1”. Sądzę, że wszystkie autorki i autorzy wymienionych komiksów mogliby śmiało próbować startować ze swoimi pracami do wydawnictw. I dla niektórych faktycznie niezal może stać się trampoliną do takiej współpracy (tak się stało w przypadku Kamila Dukiewicza od “Black Hound”, który wydał pierwszy tom swojej “Pandory” przez Kulturę Gniewu), ale nie każdy się na taki krok decyduje.
Piszę głównie o komiksach, ale niezależną twórczość można znaleźć w każdej dziedzinie szeroko pojętej sztuki - również w filmach. I ostatnio miałam ogromną przyjemność obejrzeć taką produkcję. Tak, mówię o “Iron Lung” Markipliera.
Cofnijmy się trochę w czasie. Myślę, że mogę nazwać siebie fanką Markipliera. Jego kanał na YouTube obserwuję już od kilkunastu lat. Przypasował mi jego humor, osobowość… i głos 👀 Dodatkowo, zawsze grał w horrory, a ja jako horrorowy boidudek czułam, że wreszcie mogę zobaczyć te wszystkie gry, w które bałam się zagrać, ale z jakiegoś powodu przyciągały mnie do siebie klimatem i estetyką. Pamiętam, że już wtedy, poza letsplayami, nagrywał również różnego rodzaju krótkie komediowe formy. Zresztą, jeśli mnie pamięć nie myli, sam kiedyś stwierdził, że tworzenie skeczy itp. było jego głównym celem, a granie w gry to był trochę taki plan awaryjny… Ale to właśnie gry, szczególnie niezależne horrory, sprawiły, że zyskał ogromną popularność (dziś ma już 38 milionów subskrybentów na YT).
Mimo to Mark nigdy nie porzucił marzeń o tworzeniu filmów. Pierwszym takim większym jego projektem, który przychodzi mi na myśl, było interaktywne “Date with Markiplier”, które wyszło w walentynki 2017 roku. Już wtedy czuć było pasję i zaangażowanie Marka, by stworzyć coś jakościowego (na jego ówczesne możliwości). Na randce z Markiplierem się nie skończyło i w kolejnych latach powstawały nowe projekty - niektóre jako serie “do oglądania”, inne ponownie interaktywne, gdzie widz na różnych etapach dokonuje wyborów mających wpływ na zakończenie. Jak dotąd ostatnim takim dziełem było wyprodukowane z dużym rozmachem “In Space with Markiplier”, gdzie jedna ścieżka wyborów może trwać niemal tyle co film pełnometrażowy…
I tym sposobem dochodzimy do “Iron Lung”. Krótko po zakończeniu pracy nad “In Space…” Mark zagrał w niezależny horror, którego koncept świata wydał się niezwykle fascynujący: jakiś czas temu doszło do wydarzenia nazwanego Quiet Rapture, gdzie wszystkie gwiazdy i planety zdolne do zapewnienia życia nagle zniknęły; przetrwała tylko garstka ludzi na rozlokowanych w kosmosie stacjach, którzy desperacko szukają zasobów do przetrwania i wyjaśnienia tego, co się stało; poszukiwania doprowadzają ich do księżyca, na którym znajdują… ocean krwi. Jeden ze skazańców zostaje więc wysłany w niewielkiej łodzi podwodnej, by zbadać jego zawartość, wyposażony jedynie w mapę, specjalną kamerę i nadzieję, że po wykonaniu misji odzyska wolność…
Nie dziwię się, że ten pomysł tak spodobał się Markowi. Sama miałam myśl typu “czemu wcześniej na to nie wpadłam?”, ale Markiplier miał jeszcze lepszą - zrobić z tego swój pierwszy film pełnometrażowy. I to film kinowy. Mark od początku podkreślał, że wyświetlenie tego filmu w kinach jest jego celem, choć po drodze napotkał wiele utrudnień i wciąż mierzył się ze stygmą YouTubera, któremu wydaje się, że może robić prawdziwe filmy. Ale po niemal 3 latach od pierwszego teasera udało mu się osiągnąć założony cel. I to z nawiązką!
Trochę się tego nie spodziewałam, choć od początku miałam nadzieję, że będę mogła cieszyć się seansem “Iron Lung” na dużym ekranie - ale udało się, na tydzień przed premierą pojawiła się informacja, że film trafi do niektórych sieci w Polsce. Z koleżanką w desperackim pośpiechu kupiłyśmy bilety i 30 stycznia udałyśmy się do kina…
Co to był za film! Wiadomo, że jako fanka mogę nie być do końca obiektywna, ale po prostu wszystko tu dla mnie klikało jak trzeba i idealnie wpasowało się w mój gust. Powoli budowane napięcie (dla niektórych za wolno, ale mi takie tempo pozwoliło lepiej się wczuć w sytuację bohatera), nieco retrofuturystyczna sceneria, klimaty horroru psychologicznego, cosmic horroru, a bliżej końca nawet body horroru… Jako czytelniczka Lovecrafta i Junjiego Ito nie mogłam nie być zachwycona. Do tego wizualnie film jest zrealizowany na wysokim artystycznym poziomie - ujęcia są ciekawe i wspaniale budują klaustrofobiczną atmosferę, a efekty specjalne trzymają wysoki poziom, zarówno te praktyczne, jak i komputerowe (były szczególnie dwa momenty, które wbiły mnie w fotel, a to mi się dawno nie przytrafiło!). Co mnie też bardzo cieszy, Mark - który jest nie tylko producentem, reżyserem i współscenarzystą filmu, ale również odtwórcą głównej roli - bardzo dobrze poradził sobie aktorsko. To nie jest oscarowy występ, ale uwierzyłam, że oglądam nie Markipliera, a Simona (takie imię nosi bohater, w którego się wcielił). Jako fanka oceniam na solidne 8/10 (może i dałabym 9/10, ale przed taką oceną musiałabym obejrzeć raz jeszcze); gdybym siliła się na obiektywność, nie zeszłabym niżej niż 6/10.
To nie jest film dla każdego. Jak wspomniałam, tempo rozwoju akcji w pierwszej połowie jest dość powolne, do tego akcja praktycznie cały czas rozgrywa się w jednym pomieszczeniu, z udziałem jednego aktora na ekranie i kilku aktorów głosowych (nie licząc jednej sceny, gdy widzimy inne osoby). Poza tym cosmic horror ma to do siebie, że zostawia dużo niedopowiedzeń, a lore nie jest podane na tacy i wymaga łączenia kropek. Mimo wszystko bardzo polecam ten film każdemu, bo jest to bardzo ciekawy przykład niezależnej twórczości, która… może rywalizować z mainstreamem.
Tak się bowiem składa, że Mark z własnej kieszeni sfinansował cały projekt (z przekazów wynika, że nie przekroczył przy tym kwoty 3 milionów dolarów)… i praktycznie samodzielnie, z pomocą swojej żony i paru innych osób zajął się dystrybucją, bez pośredników w postaci wielkich studiów. W którymś streamie lub podkaście Mark wspomniał, że nie dość, że studia zabrałyby ogromny procent potencjalnych zysków, to - co zdawało się głównie wzbudzać jego niechęć do współpracy z pośrednikami - on jako autor straciłby kreatywną kontrolę nad własnym dziełem i marketingiem. To był moment, w którym w 100% go rozumiałam.
Wracając jednak do rywalizacji z mainstreamem - jakby nie patrzeć, “Iron Lung” jest niezależnym filmem o niewielkim budżecie w porównaniu z hollywoodzkimi czy nawet streamingowymi dużymi produkcjami. Początkowo miał być wyświetlany tylko w ok. 60 amerykańskich kinach niezależnych, ale po tym jak fani zaczęli niemal “bombardować” swoje lokalne kina zapytaniami, jakiś tydzień przed premierą było ich już ponad 4000, wliczając w to Stany, Kanadę, Australię, Nową Zelandię i kilka państw europejskich (w tym Polskę!). Co ciekawe, w weekend otwarcia “Iron Lung” w samych Stanach zarobił prawie 18 milionów dolarów, zajmując drugie miejsce na liście najchętniej oglądanych filmów w czasie ostatniego weekendu (a przez większość czasu utrzymywał się na pierwszym miejscu), co jest imponującym wynikiem.
Markiplier stworzył film, który według mnie niczym nie ustępuje wysokobudżetowym produkcjom. Nawet jeśli niektórzy krytycy (nie ja!) narzekają na scenariusz i zwalają jego niedociągnięcia na zbyt ambitnego debiutanta, który wziął na siebie za dużo pracy, zadaję sobie hipotetyczne pytanie: Widzieliście ostatnio jakiś wysokobudżetowy film bez wad? Ile w ostatnich latach powstaje “blockbusterów”, na które są wydawane dziesiątki, czasem nawet setki milionów dolarów, a ich fabuły i dialogi kuleją mimo zatrudnienia doświadczonych scenarzystów? Nie mówiąc już o innych problemach takich produkcji, jak np. robione w pośpiechu efekty specjalne, które mimo ogromnych możliwości sprzętowych i programowych zdają się wyglądać gorzej niż te sprzed 20-30 lat… Fakt, że produkcja YouTubera z pasją i determinacją spotkała się z pozytywnym odbiorem widzów (nie tylko będących fanami Marka) pokazuje, że nie zawsze potrzeba napompowanego budżetu, by stworzyć jakościową rozrywkę. I oczywiście trafili się krytycy “Iron Lung”, którzy z pogardą wyrażali się o fakcie, że YouTuber bawi się w filmowca… Brzmi to jak elitystyczne rozróżnienie sztuki wysokiej i niskiej, które nie przekłada się na współczesną kulturę. Dajmy ludziom - zarówno profesjonalistom, jak i amatorom - tworzyć własne dzieła. Bądźmy odbiorcami tych dzieł. I oceniajmy, czy się nam podobają. Ale niezależnie od oceny, jakości itd. - to będą wciąż dzieła warte opowiedzenia i poznania. To będą wciąż prawdziwe filmy, gry, książki, komiksy… Bo ich twórcy to prawdziwi artyści.
Oczywiście trzeba powiedzieć uczciwie: Markiplier jest internetowym celebrytą z dużą i bardzo oddaną fanbazą. Mało który niezależny twórca może liczyć na taki odzew, nie każdy też może sobie pozwolić na wydanie, bądź co bądź, ogromnej kwoty na produkcję swojego filmu (3 miliony to mało na standardy Hollywood, ale wciąż sporo dla przeciętnego zjadacza chleba). Ale myślę, że wciąż sukces “Iron Lung” może przełożyć się na lepsze postrzeganie twórczości niezależnej zarówno przez publiczność, jak i “grube ryby”, a tym samym na to, że może otworzą się drzwi dla kolejnych debiutujących filmowców. Za to dla mnie, nie tylko jako fanki, ale przede wszystkim jako artystki, osiągnięcie Marka pokazuje coś jeszcze ważniejszego. Mark nie ukrywa swojej radości, wzruszenia czy nawet dumy, przy jednoczesnej świadomości, że nie stworzył pozbawionego wad arcydzieła. Szczerze też przyznał w jednym ze swoich niedawnych streamów: wiele poświęcił przez ostatnie 3 lata, ale również wiele zyskał. I w pewnym sensie… widzę w nim siebie. A kiedy Mark mówi o tym, jak cieszą go reakcje publiczności, kiedy jego film dostarcza ludziom frajdy, skłania do przemyśleń czy ich inspiruje, i mi przypominają się podobne komentarze pod adresem mojego “Komornika dusz”. Dla mnie to jest właśnie największy artystyczny sukces.
Gdyby nie rozłożyła mnie choroba, poszłabym do kina jeszcze raz… Może się uda. Bo sukces tego filmu sprawił, że zamiast jednego tygodnia, jak było w planach, kina dostały zielone światło do emisji jeszcze w kolejnym. Wiem, że w Polsce seanse były w Heliosie, Multikinie i Cinema City, więc jeśli którąś z tych sieci macie w pobliżu i chcecie obejrzeć interesujący horror/thriller SF, sprawdźcie, czy grają u Was “Iron Lung” i idźcie!
Ha, zaskoczeni, że lubię nie tylko Rammsteina? 😁 Żarty na bok - rozpisałam się. A Wy po takiej dawce ściany tekstu zasługujecie na odpoczynek. Jak zwykle dziękuję za uwagę, pozdrawiam słonecznie i do następnego! 🌞
Czy możemy w ogóle mówić o mainstreamie w przypadku polskiego rynku komiksowego?!

Comments
Nothing yet. Say the first thing.
Sign in to join the conversation.