RSS Amplifier

Newsletter warszawski · Jun 20, 2026

#15

0
Sign in to vote or save

Karol Kobos · Newsletter warszawski

Słucham sobie właśnie audiobooka "Mistrz i Małgorzata" więc nie umiem nie skorzystać z tego cytatu, by podsumować to, co się wydarzyło w minionym tygodniu w Warszawie. A co się wydarzyło? Prawo i Sprawiedliwość wygrało wybory parlamentarne.

fot. tvn24.pl

Oczywiście wiele może się jeszcze do 2027 roku wydarzyć, ale tego nagłówka moim zdaniem nie uda się już przykryć. Publiczna służba zdrowia rozpada się na oczach pacjentów (sam zapisałem się właśnie do lekarza na "po wyborach"), a politycy rządzącej krajem i miastem partii już nawet nie to, że uciekają do prywatnej opieki medycznej, tylko zamieniają najnowocześniejszy, publiczny szpital w mieście, w prywatną klinikę? To się już nie odklei, będzie wyciągane przy każdym temacie dotyczącym służby zdrowia. Piszę to w środę. Zanim Państwo to w sobotę przeczytają, pewnie rozkręcona już będzie pełna inba pt. referendum ws. odwołania Trzaskowskiego (wraz ze zwężaniem ulic jego).

Tymczasem chcę zwrócić uwagę na jedną rzecz: całej sprawy by nie było, gdyby nie obowiązek publikowania oświadczeń majątkowych radnych. Piszę o tym, bo co jakiś czas jakaś objęta nim grupa twierdzi, że to przesada i próbuje przeforsować ograniczenie. To jest najlepszy dowód, czemu one są potrzebne (a także: że w redakcjach muszą być dziennikarze, którzy dostaną czas na ich czytanie).

W tej części system zadziałał. Chociaż tyle.

Stan na piątek jest taki, że ratusz i KO robią, co się da, by aferę wygasić. Jej bohater skorygował faktury i oddał część kasy, złożył mandat radnego i zniknął. Tusk z Trzaskowskim zapowiadają zdecydowane ruchy, a sejm przyjął ustawę o zarobkach lekarzy. To wszystko wydarzyło się w 48 godzin. Czyli jak się chce, to można. Tylko jak zwykle coś musi komuś wybuchnąć w dłoniach, żeby się zachciało. Bardzo ładnie nazwała to moja redakcyjna koleżanka Daria Al Shehabi — rząd gasi tylko te pożary, które pokażą mu w telewizji.

Sprawa niby detaliczna, lecz bynajmniej nie błaha. Członkowie SBM Torwar, niezadowoleni z decyzji o sprzedaży działki pod nową inwestycję, odwołali zarząd. Czyli teoretycznie żadne news — tu też system zadziałał. I to jest właśnie news. Torwar to wprawdzie nie jest aż taki moloch, jak WSM, Bródno czy Starówka. Ale to wciąż duża spółdzielnia, w której "elektorat" jest mgławicowy i zatomizowany, co pozwalało zarządowi działać wedle własnego uznania.

Tak to wygląda w większości spółdzielni, które stają się państwami w państwach, czy może częściej miastami w miastach. Nie podlegają żadnej kontroli, mało kto ma czas, by przeglądać dokumenty i patrzeć im na ręce, a bez ogromnego zaangażowania większości członków nie da się w zasadzie nic zrobić. Prawne regulacje są takie, że dopóki ktoś nie zaniesie do prokuratury naprawdę mocnych kwitów, to w zasadzie wszystko jest wewnętrzną sprawą spółdzielni, reprezentowanej przez zarząd.

I dlatego to, że członkom SBM Torwar udało się odwołać zarząd jest warte odnotowania, niezależnie od tego, czy planowany tam teraz audyt śledczy wykaże nieprawidłowości, czy też nie. Byłoby wspaniale, gdyby zaczęło to działać wszędzie.

Taki audyt odbywa się w WSM i — jak twierdzi nowy prezes — potwierdził to, co członkowie i mieszkańcy mówili między sobą od lat.

Taka „spółdzielnia w spółdzielni” była prowadzona przez część pracowników jednego z osiedli [przyp red. WSM jest podzielony na 9 pomniejszych jednostek administracyjnych – osiedli]. Za pośrednictwem kilku firm-słupów realizowali prace de facto sami dla siebie. To nie było tak, że ustawiali przetarg i mieli z tego 5 proc. zysku – oni fizycznie mieli wykonawców. To były słupy, ale operacyjnie pracownicy osiedla pisali za nich oferty, które potem sami zatwierdzali. Zarządzali tymi firmami. Funkcjonowali więc w dwóch rolach: raz jako podwykonawcy WSM, a raz jako pracownicy WSM odpowiedzialni za realizację inwestycji. Przetargi były ustawione na rzecz samych pracowników WSM. To była perfidia. Piękny obieg zamknięty.

— mówi w "Stołecznej" nowy prezes. I dalej:

Nie mogę teraz podać nazw ani nazwisk, ponieważ przygotowywane są wnioski do prokuratury o zabezpieczenie majątku oraz wnioski z powództwa cywilnego o naprawienie wyrządzonej szkody. Będziemy się starali odzyskać przynajmniej część tych środków.   Raz powiedzieliśmy coś głośno, a niedługo potem dokumenty dotyczące tej sprawy znaleziono w Kampinosie. Ktoś w panice zaczął niszczyć dowody. Na szczęście część z nich udało się odzyskać.

Siedziba SBM Starówka (zdjęcie ilustracyjne) / instagram.com/roody102

"Stołkowa" debata o suburbanizacji rozwija się w najlepsze i przynosi rozmaite głosy. Pod jednym z ważniejszych w moim odczuciu podpisała się grupa mieszkańców Śródmieścia znana jako Koalicja "Proszę ciszej". Reprezentuje ona tych, którzy — jak sam piszą — coraz częściej słyszą tytułowe "jak ci się nie podoba, to się wyprowadź" i zwraca uwagę, że

W debacie o Nowym Centrum Warszawy warto zadać podstawowe pytanie: dla kogo ono powstaje? Czy jest tworzone z myślą o mieszkańcach, których przodkowie budowali to miasto przez dekady, czy głównie dla turystów, inwestorów i osób, które dopiero tu przyjadą? Czy w centrum jest jeszcze miejsce dla zwykłych rodzin, seniorów i młodych ludzi rozpoczynających samodzielne życie?

Chwilę temu drwiłem z faktu, że Rafał Trzaskowski zaczyna mówić jak działać ruchów miejskich — że skoro tak, to być może należy zacząć się uważnie przyglądać, czy ten język nadal jest aktualny. Teraz spróbuję napisać to samo, ale na poważnie, choć nie jest to łatwe zadanie.

No bo tak: z jednej strony Warszawa wciąż jest daleka od tego, jak wyobrażam sobie miasto przyjazne do codziennego życia i dlatego kibicuję wszelki zmianom idącym w tym kierunku, takim jak ograniczanie ruchu czy wprowadzanie zieleni na śródmiejskie ulice.

Z drugiej jednak mam świadomość, że grozi to gentryfikacją i uturystycznieniem — problemami, z którymi mierzą się miasta stojące daleko wyżej na liście tych najbardziej przyjaznych do życia. Przez zbywano problem słowami "obyśmy mieli tylko takie problemy", a teraz okazuje się, że one już tu są. I narzędzia takie, jak strefy czystego transportu czy opłaty za wjazd do centrum, wciąż u nas niewprowadzone, mogą je pogłębić, zanim przyniosą ewentualne pozytywne efekty.

Na to wszystko nakłada się zaś polityka i polaryzacja — kwestionując ten kierunek człowiek automatycznie dolewa paliwa do gównoburzy o drogi rowerowe i miejsca parkingowe, czego przecież ja robić nie chcę.

Taki jest kontekst. I w nim właśnie bardzo trudno mi cieszyć się z tego, że Rafał Trzaskowski zaczyna gadać jak aktywista, bo wiem, że tak naprawdę nie ma w tym żadnego przełomu. Nie wiem, czy jest to zmiana wykalkulowana, czy szczera — wiem natomiast z całą pewnością, że jest spóźniona. Jeśli działać KO zaczyna mówić tym językiem, to wszystkim miejskim aktywistom powinna się zapalić kontrolka, bo to znaczy tyle, że ten język został już wchłonięty przez system i za chwilę zostanie wykorzystany do tego, by pomnażać kapitał, a nie — by wspierać mieszkańców.

To bardzo ważny i trudny moment dla tych, którzy chcą Warszawy progresywnej i przyjaznej, bo to oni muszą sobie teraz odpowiedzieć na pytanie, jak na nowo zoperacjonalizować swoje postulaty. W dobie wojny, katastrofy klimatycznej i narastających napięć społecznych, choćby na tle migracji, muszą się pogodzić z faktem, że znaleźli się w położeniu Syzyfa: gdy wydawało się, że już prawie zdobyli szczyt (władze Warszawy sadzą drzewa i zwężają ulice), głaz im się zsunął (wjechały problemy, na które nie mają gotowej odpowiedzi).

Żeby było jasne: ja też tych odpowiedzi nie mam. Piszę o tym wszystkim bez żadnej satysfakcji. Jeśli czegoś jestem pewien, to że w tym wszystkim nie można ignorować głosu tych, który "proszą ciszej". To stosunek do nich zdefiniuje tę nową sytuację, a przy okazji — przesądzi o przyszłości Warszawy.

Udostępnij

A to jest historia trochę podobna do tej z lokalami na kulturę. Ciągnący się miesiącami remont i budowa nowych torów na Ochocie wykańcza lokalne sklepy. I znów: ani to nowa sytuacja, ani zaskakująca — takie rzeczy dzieją się w mieście przy każdej dużej inwestycji. To z jednej strony. Z drugiej są deklaracje o wsparciu dla przedsiębiorców i opowiadanie o tym, jak ważna jest lokalna społeczność, lokalne centra, miasto 15-minutowe. I za chwilę znów się okaże, że jedyną instytucją realizują ten ostatni cel są sklepy z płazem w logo.

Czy naprawdę ratusz nie jest w stanie stworzyć procedury, która chroniłaby przedsiębiorców w trakcie ciągnących się latami, ale też latami planowanych inwestycji? Wydawać by się mogło, że po kilku tego typu historiach ktoś powinien na to w końcu wpaść. Nie chodzi o to, żeby z automatu umarzać czynsze, ale może przynajmniej stworzyć jakiś mechanizm, który umożliwia to, gdy remont się przedłuża poza deklarowany początkowo termin? Przecież miasto z tego tytułu pobiera potem kary umowne od wykonawcy, więc jest z czego to sfinansować… Z tekstu wynika, że taki mechanizm jest, ale pozwala na umorzenie do 10 procent czynszu i nie towarzyszy mu żadna ewidencja podmiotów poszkodowanych przez remont.

Read the original on newsletterwarszawski.substack.com

Comments

Nothing yet. Say the first thing.

    Sign in to join the conversation.