Namieszałem trochę w poprzednim wpisie — tam gdzie wspomniałem o agresji wobec kolarza w Holandii. Albo coś się w podlinkowanym tekście zmieniło, albo coś sobie ubzdurałem — byłem pewien, że było o tym, że to właśnie element kolarski wzbudził agresję napastników. Wygląda na to, że tak nie było, a więc przykład nietrafiony. Być może mówi to więcej o moich obawach, niż o faktycznym zagrożeniu…
… ale żeby nie było tak do końca różowo, to coś Państwu pokażę:
— jak Państwo myślicie, czego dotyczy tak zapowiedziany artykuł w "Gazecie Stołecznej"? Czy doszło do zabójstwa? Czy ktoś kogoś celowo przejechał? Oczywiście nie — chodzi o te nieszczęsne pinezki rozsypywane przez jakiegoś frustrata "na Gassach".
Nie, nie lekceważę pinezek — taka niespodzianka na drodze może skończyć się tragedią, to prawda. Ale ten tytuł jest bardziej szkodliwy, niż te pinezki i nie sprzyja rozwiązaniu problemu rosnącej agresji wobec rowerzystów o ogóle, a kolarzy w szczególe. Tym bardziej, że sytuacja w tamtym rejonie naprawdę nie jest jednoznaczna. Kolarzy są tam setki, w słoneczne weekendy — tysiące. Nie przesadzam. Od wczesnych godzin porannych do późnego popołudnia cisną tamtędy grupy liczące czasem nawet kilkadziesiąt osób, z prędkością, która w wykonaniu kolarzy zwykłego człowieka może zaskoczyć. W takich grupach niektórzy nie patrzą dalej, niż na czubek opony kolarza przed sobą i zdarzało się tam już taranowanie pieszych. Nie brakuje też niestety po stronie kolarzy chamstwa i agresji.
Innymi słowy: nie mam wątpliwości, że dla mieszkańców tej okolicy sytuacja jest bardziej uciążliwością, niż okazją do zrobienia biznesu, bo też ile kolarskich knajp można otworzyć w przydomowych ogródkach?
Paradoksalnie, najlepszym rozwiązaniem dla tamtejszych samorządów może okazać się budowa dróg rowerowych. Akurat pewnie nie wzdłuż tej najpopularniejszej drogi przy samym wale, bo to nie ma sensu, ale wzdłuż co bardziej ruchliwych dróg — czemu nie? Kolarze natychmiast uciekną, bo dla nich takie drogi nie są przydatne, a zostaną niedzieli rowerzyści, którym można sprzedać lody czy karkówkę z grilla. Najbardziej stratna będzie Góra Kawiarnia.
Osobiście staram się już od dawna omijać "Gassy" szerokim łukiem, właśnie dlatego, że jest tam potworny tłok, a ja i bez pinezek łapię gumę na co drugiej trasie. Na Mazowszu jest taka ilość fajnych, pustych dróg, na których człoiwiek w legginsach, mówiący że ma dziś w planie 250 kilometrów, wzbudza ciekawość i sympatię, a nie złość, że naprawdę nie widzę powodów, żeby się tak męczyć.
Kolarstwo zawsze będzie w konflikcie ze swoim otoczeniem — tak jest nawet w hiszpańskim Calpe, które zimą zmienia się zresztą w ekspozyturę "Gassów" ("Gass"?). Tam też od jakiegoś czasu pojawiają się pinezki, choć oczywiście ogólnie podejście do kolarstwa jest daleko bardziej przyjazne. Czy nadreprezentacja Polaków ma na to wpływ? Chciałbym wierzyć, że nie.
Króciutko: na marginesie zaproszenia na wystawę "Bez trzymanki", o której pisałem dwa tygodnie temu, Jarek Osowski ze "Stołecznej" informuje o tym, że jest jakiś pozytywny ferment wokół toru kolarskiego Orzeł.
Zaskoczył mnie w tym tygodniu prezydent Rafał Trzaskowski. Jak relacjonuje "Stołeczna", na spotkaniu z mieszkańcami — sam fakt, że je wznowił, zasługuje na odnotowanie — o przyszłości komunikacji w Warszawie wypowiadał się "jakby zapisał się do ruchów miejskich". Zresztą w ocenia "Gazety" ta zmiana jest nawet głębsza.
Strasznie mnie to rozbawiło, w kontekście moich własnych przemyśleń o końcu ruchów miejskich. Aż się wystraszyłem, że to może oznaczać, że te zmiany są spóźnione i czas poszukać jakiś argumentów przeciwko nim?
Mówiąc poważnie: jestem zaskoczony. Prognozowałem, że KO położy uszy po sobie i zacznie ulegać prosamochodowemu populizmowi, a tu taka niespodzianka! I jeszcze prezydent wrócił do miasta!
Od kilku tygodni w mojej banieczce dużo się pisze o suburbanizacji i jej kosztach. Było o tym nie raz w "Architekturze", ostatnio w formie tej galerii, którą polecałem Państwa uwadze, dużo miejsca poświęca ostatnio tematowi "Stołeczna". Mam wrażenie, że zaczęło się to od jakieś inby u Stanowskiego, ale znaleźć nie mogę — gdyby tak było, to musiałbym przyznać, że tego jego modelu biznesowego jest ten skromny pożytek, że raz na jakiś czas przypadkiem nagłośni jakiś prawdziwy problem.
Ale ze złudzeń odarła mnie przyjaciółka, która sama mogłaby być bohaterką jednego z stołkowych tekstów o tym, jak się żyje pod Warszawą. Podlinkowała mi bowiem ten tekst z przekąsem, jako dowód, że zaczął się sezon ogórkowy. Posmutniałem, bo uświadomiło mi to, jak bardzo #nikogo cała ta debata. Dociera ona tylko do już przekonanych.
Do Warszawy pchać się więc będzie coraz więcej aut, a wszelkie próby zapanowania nad tym będą co najwyżej pudrowaniem trupa, bo problemów, które sobie zafundowaliśmy tak naprawdę nie da się już rozwiązać. Można by ich co najwyżej nie pogłębiać, ale to wymagałoby tak głębokiego zwrotu na tylu różnych poziomach, że nie ma się co łudzić.
Cała nadzieja w demografii. Za mojego życia to pewnie nie, ale za życia moich dzieci te wszystkie przedmieścia zamienią się pewnie w coś na kształt Detroit. Wcześniej zaś ci, którym udało się zbudować domek pod Warszawą lub kupić mieszkanie na łanowym osiedlu, będą tam umierać w samotności, bez dostępu do sklepu, lekarza czy urzędu.
Z tego cyklu "Stołka" polecam najbardziej:
W nawiązaniu do tego, co pisałem wyżej — przykład genialnej trasy na Mazowszu (z małym dodatkiem lubelskiego i świętokrzyskiego). Wyszła mi trochę przypadkowo, bo celem było zaliczenie wszystkich brakujących gmin w tamtej części Mazowsza, a był to cały powiat lipski i jeszcze coś tam w okolicy. Praktycznie cały czas jechałem po równiuteńkim asfalcie, w kilku miejscach — niezwykle malowniczymi drogami, z praktycznie zerowym ruchem. W dodatku i strat, i meta dostępne Kolejami Mazowieckimi, więc nie trzeba polować na miejscówkę na rower.
Po drodze minąłem może 5 kolarzy 😎

Comments
Nothing yet. Say the first thing.
Sign in to join the conversation.