RSS Amplifier

mkon’s Substack · Mar 30, 2026

jak zostałem Mistrzem Europy M50 w biegu na 5km

0
Sign in to vote or save

mkon · mkon’s Substack

Od niedzieli 29.03 jestem Mistrzem Europy MASTERS w biegu na 5km. Pomimo posiadania dwóch tytułów mistrza świata indywidualnie (Ironman 2017 i Duathlon na dystansie długim z 2022), jednego tytułu mistrza świata drużynowo (półmaraton z 2023) i tytułu ME w triathlonie na dystansie olimpijskim, ten tytuł smakuje wyjątkowo dobrze. Pewnie jest to pokłosiem rocznika. Będąc 4 rocznikiem w kategorii M50, nie miałem zbyt wygórowanych oczekiwań odnośnie swojego występu. Dodatkowo, chcąc mnie chyba zmobilizować, 😉żonka sprawdziła ranking, i z triumfem w głosie poinformowała mnie, że zgodnie z tabelami MASTERS, mam dopiero 8 czas (3 zawodników miało przy nazwiskach 15:27). Chciała mnie zmobilizować, a tak naprawdę zdjęła mi garb presji. Przypomniałem sobie komentarz trenera z 2017, który po skończeniu części pływackiej (jak popłynąłem w 1h03, a faworyt M45 w 50’) stwierdził: „no dobra, to zostaje walka o 2 miejsce”. Realnie wobec siebie, (oni biegają w 15:27, ja tydzień temu pobiegłem 15:41) stwierdziłem, że biorę wszystko co będzie lepsze niż 5msce, ale też bez wymówek i bez certolenia się „w tańcu”.

Co będą Państwu ściemniał. Mazurek Dąbrowskiego to ciary!

Dodatkowym bodźcem motywującym była waga. Bo zawody w Toruniu tak naprawdę zacząłem 2 marca, kiedy pierwszy raz po powrocie do PL, stanąłem na wagę. I z przerażeniem zobaczyłem, że 6 tygodniowe zażeranie się kreatyną tak mnie napompowało, że zarówno w Poznaniu jak i na Bemowie ważyłem 70,5-71,5kg. Daleko od mojej optymalnej wagi startowej. Świadomie przestałem ją brać wiedząc, że start A za 4 tygodnie patrzyłem tylko na relację: waga/samopoczucie/moc na treningach.

A jeśli przy maksymalnym pilnowaniu wyjazdowego bufetu (ostatnie 2 tygodnie przed zawodami byłem w podróży służbowej szkoląc w PL i Portugalii), w sobotę, dzień przed startem, ważyłem 68,5, to wiedziałem, że przynajmniej ten element układanki „dowiozłem”. Innym, choć subiektywnym dowodem, był sobotni trening rozruchowym, gdzie też czułem „pod nogą” Do samych więc zawodów podchodziłem z optymizmem, ale przede wszystkim z głową luźną od oczekiwań. Tym bardziej, że 4 starty w kolejne weekendy to było coś, co robiliśmy pierwszy raz w życiu.

Szykowałem się (tak jak planowaliśmy z Tomkiem Kowalskim) na bieg o miejsce. Podobnie jak tydzień wcześniej, podczas warszawskiego „Biegu na Piątkę” miałem identyczny protokół rozgrzewkowy. W miarę szybko 2km rozbiegania, potem od razu rytmy, z czego jeden na 90% i dopiero rozgrzewka właściwa, już po wejściu do strefy. Dzięki temu stałem z przodu, i byłem naprawdę solidnie przygotowany i rozciągnięty.

Plan był taki, aby do nawrotu (2,5km) pobiec jak najbliżej czuba, ale schowany za pierwszymi w mojej kategorii (numery były tez na plecach). Na starcie jednak, nie widziałem przed sobą nikogo z M50. Ruszyliśmy w dość sporym ścisku, i na początku był focus, aby nie dać się wywrócić. Pierwsze 250m (do zakrętu na szosę główną) lekko pod górkę, więc plan był aby nie zacząć zbyt szybko. Żeby nie upalić się jak w Poznaniu, czy Bemowie. Jednak już po 100m zorientowałem się, że konie z M35 biegną… wolno. Bardzo mi to pasowało. Skleiłem i czekałem jak się to rozwinie. Czułem, że jest to bieg finałowy na imprezie mistrzowskiej. Najpierw nikt nie chciał prowadzić, potem zrobił się pociąg. Po wybiegnięciu na prostą do nawrotu, wiatr wiał solidnie w twarz. Oczywiście każdą rozgrzewkę staram się przeprowadzić w kierunku startu, więc wiedziałem, że ten bieg rozpocznie się od nawrotki. Pierwszy km 3:16. Ciągle ostrożnie. Cały czas więc pilnuję, żeby biec w tunelu za „końmi”. Szykowałem się, że mentalnie te zawody i tak rozgrywać się będą dopiero z wiatrem w plecy. Wtedy ogień. A jak oginia nie wystarczy, żeby dać radę kolegom z M50, biegającym po 15:27, to trudno. Na drugim km już było zasadniczo szybciej, i choć złapałem lekką przerwę, to zachęcony przez biegnącego obok mnie skleiłem grupę. Ostatnie 500m dobiegliśmy wspólnie. Potem udało mi się triathlonowa nawrócić (po jak najmniejszym łuku) i zaczęło się ściganie właściwe. Czołówka odbiegła i od tego momentu pilnowałem wyłącznie 2 rzeczy: biec luźno, w tym samym mniej więcej tempie, oraz pilnować, żeby do ostatniego km nikt z kategorii mnie nie wyprzedził. Plan na taką okoliczność miałem dość prosty. Jak zobaczę mijający mnie numer z moją kategorią, sklejam gościa choćby nie wiem co, i atakuje na 500m do końca. Była tam taka zmarszczka mająca znamiona wzniesienia, a ja lubię biegać pod górkę. Zaraz potem był zakręt i i ostatnie 250m do mety. Bardzo też pilnowałem tempa, żeby między 3 a 4km za mocno nie zapiec się”. I choć ani razu się nie obejrzałem, to dopytałem jadącego obok na rowerze, czy mam kogoś z M50 na plecach. Nikt nie biegł. W takiej sytuacji włączyłem swój protokół motywacyjny. Polega on na dialogu wewnętrznym, który brzmi idzie więcej tak: „szybciej nie trzeba, szybciej nie trzeba, wystarczy tak jak jest. Nie bój się, nie będziesz musiał przyspieszać. W związku z tym bardziej boleć nie będzie”.

bieganie typu all-in w jednym obrazku :)

Ostatecznie na ostatnim km, nikt z M50 nie zabrał się za wyprzedzanie, a jeśli ktoś mnie mijał, , to raczej dotrzymywałem kroku i były to „szczyle” z niższych kategorii. Ale przyznaję, że do zbiegu do mety (mimo zapewnień) miałem „duszę na ramieniu”.

Na tej zmarszce już wiedziałem, ze trudno będzie komuś mnie dognać, a z górki puściłem się już na maksa. Poza zerknięciem na zegarek na 1km kompletnie nie kontrolowałem tempa tego biegu (poza samopoczuciem). Byłem lekko zdziwiony, że wyszło aż tak dobrze wynikowo. Myślę, że gdyby „konie z M35” zaczęły pierwszy km w 3:10, też bym to udźwignął i miał życiówkę. Ale na to przyjdzie jeszcze czas.

Tomek Kowalski od pierwszego tegorocznego startu powtarzał mi: treningi pokazują, ze jesteś przygotowany na bieganie w 15:35 i było 15:34. Kowalski mówił przed Toruniem: biegniemy na miejsce – i było biegnięcie na miejsce. Taktyka w punkt. Myślę, że „rumakowanie” w Poznaniu i na BeMore5k było wystarczającym freestylem, a co z tym związane trochę wstydem, jak można tak zbudowaną formę rozmieniać. Czy żałuję tych startów? Troche tak. Szczególnie rozpoczęcia BeMore5k w 2:58. Mogło tam być naprawdę dobrze wynikowo.

Przede mną środowy cross. I chyba przed nim mam jeszcze luźniejszą głowę niż przed niedzielnym biegiem na 5km. Myślę, że nie będzie tak łatwo jak na ulicy. Świadomie nie wziąłem kolców. Sprawdzałem stan nawierzchni w niedzielę i jest ubita i bardzo różnorodna (jak u mnie na wsi). Poza tym startujemy na 8km, więc jednak 3km więcej. Ale patrząc na moje samopoczucie dzisiaj czuję, że nie będzie źle. Może to zabrzmi idiotycznie, ale jak nie biegnę na czas, to jakoś tego rodzaju starty, aż tak mnie nie stresują. Rywalizacja ze swoim zegarkiem jest dla mnie straszniejsza niż rywalizacja z rywalami. No co poradzisz, że ktoś jest od Ciebie szybszy? No nic. Ale jeśli trener mówi, że jesteś na 15:35 a ty biegasz 16? No to dopiero syf. I to mocno rozczarowujący. Bo najgorzej to rozczarować siebie. Swój najważniejszy cel na tę imprezę zrealizowałem. Biorę z crossu wszystko. Jak leci. Chociaż z drugiej strony jakby dodać do tych dwóch złotek, które mam dwa kolejne… 😉

No posts

Read the original on mkon.substack.com

Comments

Nothing yet. Say the first thing.

    Sign in to join the conversation.