RSS Amplifier

Newsletter Harel · Jul 7, 2026

Fashion shaming

0
Sign in to vote or save

Harel · Newsletter Harel

Kolejny powrót do przeszłości i gorzka refleksja. Bo wolałabym przytoczyć ten tekst jako ciekawostkę: spójrzcie, jak kiedyś było i jak dobrze, że mamy to za sobą. Tymczasem, po czterech latach od jego powstania jest chyba jeszcze gorzej. Zostawiam z nadzieją, że za kolejne cztery wreszcie się porządnie zarchaizuje.

Dziś opowiem co nieco o zjawisku, które jest zdecydowanie starsze niż sama jego nazwa, a które uprawiamy właściwie wszyscy, nawet jeśli nie wszyscy się do tego przyznajemy. Rozglądamy się wokół siebie i bezustannie oceniamy. Pół biedy, jeśli ocenę zostawiamy dla siebie. W końcu mnie samej zdarza się spojrzeć na kogoś i pomyśleć: o co chodzi? Czemu ona ma to na sobie?

Zdjęcie: Freddy Do / Unsplash

Chociaż przyznaję, że im jestem starsza, tym częściej spoglądam i pozostawiam bez komentarza, raczej pełna ciekawości, co towarzyszyło takiemu a nie innemu wyborowi, niż negatywnej myśli. Bo, tak szczerze mówiąc, po co miałabym kogokolwiek krytykować za wygląd, nawet po cichu? Może ma zły dzień? A może po prostu tak lubi? To nie jest moja sprawa. I tyle.

Niestety to nie takie proste. Kto z Was nigdy nie spotkał się z głośno wyrażoną oceną własnego wyglądu? Zazwyczaj są to takie zawoalowane, pozornie uprzejme uwagi. „Czy coś się stało? Nie wyspałaś się? Martwię się o ciebie, ty jesz coś w ogóle?”. Albo prościej, po chamsku: “Patrz, jaka deska! Ale się babsko toczy!” I tak dalej.

Najczęściej przytaczanym zjawiskiem jest w ostatnich latach tzw. „body shaming”, czyli zawstydzanie danej osoby w powodu jej ciała. Czy to zbyt obfitego w kształtach, czy wręcz przeciwnie, a może ze względu na duży biust, płaskie pośladki, krzywe nogi. Przykładów jest tyle, że sama bywam zdziwiona, bo naprawdę nie wiem, jak można wypominać komuś duże albo małe stopy, uszy, nos czy cokolwiek innego. Tacy się urodziliśmy i nikomu nic do tego. A jeśli na kompleksy pomaga nam operacja plastyczna, bo przecież to się zdarza, to… wciąż nikomu nic do tego.

Zresztą osoby po operacjach plastycznych również zmagają się z body shamingiem. W dobie mediów społecznościowych to codzienność. Usta jak glonojad, czoło nieskażone myśleniem, płaski brzuch po ciąży, który przecież tylko po to się spłaszczył, żeby wpędzać nas w kompleksy.

Czasem mam wrażenie, że ruch body positive, który z założenia miał pomagać w życzliwym spojrzeniu na każde ciało, w którymś momencie zaczął wykluczać te zbyt w jego pojęciu idealne. Nie masz rozstępów, cellulitu, blizn? Gładka skóra, piękne włosy, zarysowane mięśnie? Nie nadajesz się. Przestań kreować fałszywy obraz rzeczywistości. To z kolei powoduje absurdalne starania tych naprawdę świetnie wyglądających osób, by udowodnić, że „też są zwyczajne, że nie są idealne, że też mają gorsze dni”. W rezultacie zdjęcie z fałdką na brzuchu (uzyskaną z niemałym trudem) powoduje więcej frustracji niż pozytywnych emocji. Błędne koło. Im też się dostaje. Bo niestety body shaming działa na wszystkich polach. Nie wierzycie? Zapraszam na Instagram. Wejdźcie na dowolne konto w miarę rozpoznawalnej kobiety.

Ja sama z body shamingiem spotykałam się jeszcze w czasach, gdy ta nazwa nie funkcjonowała. Zwykle próby zawstydzania wiązały się z moim wielkim biustem, na który przecież nie miałam wpływu. Ot, urósł, jak niektórym rosną uszy czy ręce. Okrzyki obcych, zaczepki, chamskie uwagi, ale też komentarze znajomych, od podstawówki praktycznie do niedawna. Że mam czym oddychać. Że nieźle wyglądam, jak biegam. Że jest za co złapać. Ha ha ha, bardzo śmieszne. Szybko nauczyłam się zawstydzać samych komentujących, ponieważ jakimś cudem już we wczesnej młodości wyniosłam zdrowe podejście do ciała. I wiedziałam, że ono nie określa mojej wartości.

Mojej wartości nie okreslają też ubrania. Dlaczego o nich wspominam? Mamy bowiem zjawisko znacznie rzadziej opisywane, lecz równie mocne jak body shaming. Nawet nazywa się podobnie. Mówię o fashion shamingu.

Wiadomo, ubranie to pierwszy sygnał, który wysyłamy, jeszcze zanim się odezwiemy. Pomaga podkreślić osobowość, rolę w pracy, wyraża szacunek, przypieczętowuje okazję. Stajemy na głowie, by odnaleźć swój styl, na tej ścieżce popełniamy błędy, jak każdy. Zdarza się też, że o stylu wcale nie myślimy, bo nie jest naszym życiowym priorytetem. Ba, można pracować w branży mody i nie skupiać się na własnym stylu. Naprawdę, to możliwe, choć ze względu na mocno rozwinięty fashion shaming w tej branży, dosyć trudne i wymagające silnego charakteru.

Ja sama przed długi czas pracy w tej branży upierałam się, by wyglądać jakkolwiek, raczej stawiając na wygodę niż modny wygląd. Trochę przekornie, ale też trochę z wrodzonego dążenia do komfortu. Gdy opisano zjawisko “normcore”, poczułam się tak, jakby ktoś mnie podglądał i na podstawie tych obserwacji wysnuł wnioski.

A ile się wówczas nasłuchałam, co powinnam! Czasem były to pasywno agresywne uwagi o tym, że w sumie wystarczy, że dobrze piszę, nie muszę udowadniać znajomości mody strojem. Czasem już tylko agresywne: ZAŁÓŻ W KOŃCU SZPILKI! JESTEŚ KOBIETĄ, ROBISZ SOBIE KRZYWDĘ! Krzywdę, czyli wychodząc na pokaz mody, na którym przecież nie występuję, w adidasach czy znoszonych kowbojkach (zanim było to modne, warto podkreślić - i nie dlatego, że się przechwalam, lecz dlatego, że tego typu buty wzbudzały ogromną niechęć), optycznie skracam nogi oraz neguję swoją kobiecość. Zapewne. Próbowano mnie zawstydzać brakiem makijażu (a przecież nie mam już szesnastu lat, więc MUSZĘ się malować), figurą (ktoś tu sobie dogadza) czy fryzurą (ale wiesz, że ombre wyszło z mody lata temu?). Oczywiście dużym biustem też, bo przecież w modzie taki wielki biust nie przystoi.

Spoglądałam na to z boku, mając świadomość, że wydając te opinie, ludzie tak naprawdę więcej mówią o sobie samych niż o mnie. Zostawmy jednak moją osobę, bo jestem marnym materiałem na zawstydzanie. Podobnie zresztą jak pewna świetna dziennikarka, która kiedyś pozwoliła sobie merytorycznie skrytykować pewną blogerkę. Z odsieczą ruszyły blogerskie fanki, zarzucając dziennikarce, że nosi niemodne spodnie, więc co ona może wiedzieć. Niemodne od dwóch sezonów, dodajmy, bo było to wielokrotnie podkreślane.

My sobie radę damy. Co jednak z tymi, którzy być może nawet nie wiedzą, że ubranie nie jest ich wartością?

Jakiś czas temu napisałam na Instagramie, że szczególnie kobiety są wychowywane w ciągłym poczuciu wstydu. Bo - tak szczerze - ile z Was, drogie Panie, odpowiada na komplement po prostu słowem „Dziękuję”? A ile z Was zaczyna sobie umniejszać? To woda na młyn dla fashion shamerów, tak ich nazwijmy. Nie będę się tu bawić w psycholożkę, bo nie mam kompetencji. Własnym doświadczeniem jednak dzielić się mogę i powiem Wam, że nic tak dobrze nie robi, niż odbiór komplementu bez tłumaczeń czy doszukiwania się drugiego dna.

Kiedyś bardzo mądra osoba powiedziała mi, że komplementy traktować należy jak perfumy, nie jak tlen. Mogłabym dodać, że próby zawstydzania warto potraktować jako wyjątkowo paskudne perfumy, na które przypadkiem trafiliśmy. Nie ma co ich wdychać, próbkę należy wylać, a o zapachu szybko zapomnieć.

Czy zdarzają się słuszne uwagi dotyczące naszego wyglądu? Z jakiegoś powodu wciąż funkcjonują różne zasady ubierania się, których w pewnych miejscach należy przestrzegać. Ale nawet jeśli ktoś im się nie podporządkuje, ewentualnie jego przełożony może kulturalnie dać do zrozumienia, że coś jest nie tak. Z pewnością słowa „Coś ty na siebie włożyła?” Odniosą skutek odwrotny do zamierzonego. Przy okazji sprawią przykrość, a chyba nie o to chodzi? No, chyba że to był cel, umniejszyć, ustawić, pokazać, gdzie jej miejsce w szeregu. Wiadomo, że niżej.

Ekstremalnym przykładem fashion shamingu jest tzw. “slut shaming”. Czyli, bez owijania w bawełnę, przyrównywanie danej osoby do pani uprawiającej najstarszy zawód świata. Dlaczego? A bo nosi króciutką spódniczkę albo głęboki dekolt. Poważnie? Poważnie. To wystarczy. Ba, tego rodzaju fashion shaming jest uprawiany nagminnie w przypadkach oskrarżonych o molestowanie seksualne. Sama się o to prosiła. Chyba wiedziała, czego się spodziewać, wkładając taką sukienkę?

Nosisz duży dekolt? Jesteś wulgarna. Pokazujesz nogi? To może od razu je rozłóż, będzie wygodniej. Trudno uwierzyć, ale takie zachowania wciąż mają się świetnie w dwudziestym pierwszym wieku. Sama dopiero parę lat temu zaczęłam nosić szorty bez obaw o komentarze. Stwierdziłam, że nikomu nic do tego, w długich spodniach latem jest mi za gorąco, jeśli ktoś ma z tym problem to… nie mój problem.

Z fashion shamingiem borykają się, oczywiście, zazwyczaj kobiety. Nie musiałam docierać do żadnych badań, wystarczy spojrzeć nawet na artykuły dotyczące stylu polityków czy rodziny królewskiej. Raczej nikt nie zmiażdży księcia Filipa za kolor koszuli czy Barracka Obamy za zbyt krótkie nogawki. Jeśli już, to Michał Kędziora, czyli Mr Vintage z klasą wyrazi opinię na temat odpowiednio lub nieodpowiednio zinterpretowanych zasad dress code’u. Ale już Meghan Markle, czy praktycznie każda kobieta w rządzie będzie się mierzyć z absolutnie nieuzasadnioną krytyką wszystkiego: od fryzury przez sukienkę po buty. A że się roztyła po ciąży, a to że świeci kolanem. A to że się nie uczesała. Przykład idzie z góry, drodzy Państwo. Wciąż i bez ustanku.

Moda dziś stawia na różnorodność. Powoli. I niestety często pozornie. Tak, na okładce styczniowego wydania na rok 2021 amerykańskiego Vogue ukazała się w końcu kobieta o rozmiarze innym niż zero, czyli Paloma Elsesser. Entuzjazm obiegł cały świat, zdjęcie okładki zostało udostępnione chyba w każdym możliwym miejscu. Sama jej bohaterka jednak podkreśla, że takie doświadczenie nie powinno być radykalne i odosobnione. Że okładki powinny być stałym miejscem dla najróżniejszych osób. Przez co rozumiem, nasza reakcja nie powinna różnić się od reakcji na okładkę ze standardową w ogólnym rozumieniu modelką. Tymczasem cieszymy się i podajemy dalej, jakby właśnie wydarzyło się coś niezwykłego.

Niezwykłe jest o tyle, że jeszcze dziesięć lat temu podobnym wydarzeniem była obecność na okładce Lary Stone, czyli szczuplutkiej modelki z nieco większym biustem, prawdopodobnie noszącej rozmiar 36, a przez branżę uznawanej za plus size. I jeśli progresem nazwiemy ludożerców, którzy zaczynają używać sztućców, to tak, wow, mamy wielki progres.

Okładka amerykańskiego Vogue z Palomą Elsesser oraz hiszpańskiego z Larą Stone i hasłem "piękno bez ograniczeń". Ciekawe...

No dobrze, tak się tu lekko wyzłośliwiam. Wiadomo, że jest progres. Wkurza mnie, że to idzie tak powoli. Ale taka okładka też jest swoistym przykładem, który idzie z góry. Dlaczego zatem jest aż tak duży problem, żeby podobne działania wprowadzić na stałe?

Wiem jedno, dopóki będę słyszeć, że jestem odważna, bo pokazałam się w dwuczęściowym kostiumie mimo fałdek na brzuchu, to małe mamy szanse na jakąkolwiek zmianę. Ale będę się pokazywać i cierpliwie tłumaczyć, że nie jest to odwagą. Tak samo jak nie powinno być odwagą ubieranie się zgodnie ze swoim gustem. Pamiętajcie, drodzy państwo, gdy następnym razem będziecie chcieli spojrzeć na kogoś krzywo czy zwrócić mu życzliwą uwagę, zastanówcie się, co chcecie tym osiągnąć. Nowe pokolenie patrzy i się uczy. Zawstydzanie polecam zmienić na empatię. Pochłania mniej energii.

No posts

Read the original on harelblog.substack.com

Comments

Nothing yet. Say the first thing.

    Sign in to join the conversation.