Tysiące sylwetek z pokazów, setki sugestywnych stylizacji ulicznych, posty, rolki, karuzele, sesje okładkowe i nęcące wystawy sklepów. Przychodzi lato i nie mają większego znaczenia. Owszem, zwrócę uwagę na to i owo, skorzystam z pewnych pomysłów może nawet, lecz rdzeń pozostanie niewzruszony. W tym roku postanowiłam przyjrzeć się bliżej swoim letnim wyborom i doszłam do wniosku, że zawsze wracam do sprawdzonych patentów. A świadomie zaczęłam je sprawdzać jeszcze w głębokim dzieciństwie, jako że ubrania zawsze stanowiły dla mnie aspekt niezwykle fascynujący.
Lato niesie w sobie pewne proste do złamania kody, dyktowane zdecydowanie bardziej przez prognozy pogody niż prognozy trendów. I nie mam na myśli konieczności spakowania kurtki przeciwdeszczowej na wakacje, lecz fakt, że latem zdecydowanie częściej myślimy o ciele. I nierzadko są to myśli krytyczne, zaczynające się od słów “nie jestem gotowa”. Spokojnie, jeśli ich nie mamy, otoczenie postara się, by i tak do nas dotarły. Wspomnienia różnych moich znajomych są dość podobne. Ktoś wytknął skandalicznie blade nogi, ktoś inny brak stanika, a ktoś jeszcze fałdkę albo wystające żebra. Wymieniać można długo, tak jakby lato nie miało na celu doświetlenia nas na resztę roku, lecz wydobycie na światło słoneczne wszystkich możliwych “niedoskonałości”. Zaczynamy więc kombinować, jak wydobyć “korzystne”, a schować “niepożądane”, a w całej tej łamigłówce się nie ugotować.
Jak nie jestem fanką teorii spiskowych, tak latem zawsze zaczynam podejrzewać, że te długie listy zarzutów budzących naszą niepewność zapoczątkował ktoś, komu zależy, by wcisnąć nam jak najwięcej ciuchów w sezonie, który zdecydowanie bardziej sprzyja odpoczynkowi niż ganianiu po sklepach. Logicznie brzmiące zasady zostały podchwycone przez różnorakich “pożytecznych idiotów” i się kręci. Tymczasem najprawdopodobniej my doskonale wiedziałyśmy, co lubimy, jeszcze zanim usłyszałyśmy, co powinnyśmy, a czego nie. I to by się zgadzało z moimi niedawnymi obserwacjami, że z czym się polubiłam dawno temu, to wciąż się sprawdza, bez względu na modę. Prosty test: przypomnijcie sobie, co lubiłyście nosić w dzieciństwie lub w czasach nastoletnich. Nie chodzi o to, by odtwarzać zestawy jeden do jednego, lecz by powrócić do tego cudownego komfortu noszenia rzeczy w stu procentach naszych, bez sprawdzania w kompletnie obcych źródłach, czy aby na pewno nam wolno.
Trzydzieści lat temu marzyłam o ogrodniczkach w kratkę. W sumie o każdych spodniach w kratkę, byle były z Jackpota albo Trolla. W 1996 roku właśnie nam się Troll otworzył i naprawdę nie wiem, do czego go porównać, by zrobić na nowym pokoleniu takie wrażenie, jakie robił na nas. To była pierwsza taka polska marka: w pełni skierowana do młodzieży, niezwykle przy tym trafna i aktualna. Zwłaszcza dziś, gdy archiwa podobnych marek zachodnich z tamtego czasu są na wyciągnięcie ręki, widać, jak mocno nasi lokalni projektanci trzymali rękę na pulsie. Do dziś żałuję, że te ubrania gdzieś mi się po drodze zapodziały, prawdopodobnie i tak bym dziś w się w nie nie zmieściła, lecz cóż to by była za przyjemność mieć takie zbiory. O zbiorach będzie innym razem, bo taki jeden konsekwentnie powiększam. Na razie jednak o letniej garderobie A.D. 1996 oraz 2026, bo zaskakująco dobrze im idzie korespondencja.
Zatem ogrodniczki, a do nich dopasowany, prążkowany t-shirt z dużym, okrągłym dekoltem. Jeśli nie Martensy, bo lato czasem zmuszało do odłożenia ich na półkę, to klasyczne Birkenstocki albo Scholle, oczywiście ze stoiska ortopedycznego w Uniwersamie Grochów, żadne tam butiki flagowe czy wysyłka z dostawą w 24 godziny. Jeśli zimno, to kurtka robocza ze sztruksowym kołnierzykiem albo wiatrówka z kapturem. Bez względu na okoliczności - za duża koszula, najlepiej lniana. Fryzura z przedziałkiem pośrodku, symetrycznie podpięta spineczkami nad czołem. Plus sukienki na ramiączkach noszone na biały t-shirt, ciasno zapięte na szyi sznury koralików ze sklepu indyjskiego (Sari na warszawskiej starówce - pamiętamy), okulary “lennonki” i torba z klapką, najprawdopodobniej podebrana jakiejś dorosłej kobiecie z rodziny.
Wracam do tamtych rozwiązań, niegdysiejszych patentów, porzucając jakiekolwiek obawy, że “to już było”, “tak się teraz nie nosi” czy “nie masz już szesnastu lat”. Może i nie mam, ale kraciaste ogrodniczki wciąż noszę. Mimo pozorów te są całkiem nowe, dopadłam je w Levisie w dziale męskim. Zawsze powtarzam: nie dajmy się zagonić w umowne kategorie odzieżowe.
A tu sukienka-fartuszek Jackpot, którą miałam na oku od trzech dekad. Znalazłam na rumuńskim Vinted zupełnym przypadkiem. Bardzo ciekawa to konstrukcja, z tyłu szelki się krzyżują, a poły dolnej części zachodzą na siebie, w zależności od rozmiaru bioder i talii bardziej lub mniej. Dlatego należy bezwzględnie unikać schylania się stojąc tyłem do publiczności. Miły ukłon w stronę Miu Miu tak swoją drogą. Byle w dobrą stronę, jak przed chwilą wspomniałam. I znów patent “coś na szelkach plus t-shirt”, choć mogłoby się wydawać, że warstwy latem zbytniego sensu nie mają. Ku inspiracji: wczesne odcinki “Friends”, “Dawson’s Creek” oraz '“Beverly Hills 90210”.
Białe spodnie, czyli coś, z czego niepostrzeżenie wyrósł mój znak firmowy, to jest formuła niewyczerpana. Nie ma sytuacji, której by nie uratowały. Gdy nie wiem, co ze sobą zrobić i wiara we własną garderobę znika, one ją przywracają. Mają w sobie rodzaj świeżości i szykownej nonszalancji, nawet jeśli tylko do pierwszego kawałka pizzy z sosem pomidorowym… Latem chętnie ustępują białej spódnicy. I teraz ważne: fason, materiał i styl wybieracie zgodnie z własnymi upodobaniami. Niech nikt Wam nie próbuje wmówić, że MUSICIE mieć białe dżinsy. To mogą być lekkie lniane spodnie z troczkami albo cienkie bawełniane cargo. Albo bermudy. Pełna dowolność. Ze spódnicą podobnie. O ile w ogóle macie na nie ochotę, bo opisuję tu formułę, która działa w moim życiu, niekoniecznie musi pasować wszystkim.
A to powrót do początków blogowania, gdy nagle zewsząd zaczęły wyskakiwać spodnie pumpy. Pumpy, haremki, szarawary, hammerki (od Mc Hammera, mniemam), dziś znane jako balloon pants. W 2007 roku byłam ich ogromną orędowniczką i kto pamięta Lookbook Harel, ten teraz przytaknie. Nie sądziłam jednak, że kiedykolwiek jeszcze po nie sięgnę, tym bardziej, że specyficznie się w nich jeździ rowerem i trzeba bardzo uważać podczas wsiadania i zsiadania, by nie zaplątać się w szerokie nogawki. A jednak. Myślałam, że zakończy się na jednych, natomiast gdy zobaczyłam model One Shirt, resztki zdrowego rozsądku pierzchły. Teoretycznie należałoby je równoważyć jakąś małą górą, odsłoniętą talią i innymi optycznymi oszustwami. Tylko że ja już “tam” byłam i niewiele to w kwestii własnego samopoczucia dało. W przeciwieństwie do obszernych koszul czy swetrów. Z tych mogę nie wychodzić. W upał, mimo pozorów, tego typu zestawy są wybawieniem.
I jeszcze jeden letni samograj, również hit początków bloga, czyli koszulowa sukienka. Nie ma znaczenia, który jest rok, lato bez niej nie ma prawa się w pełni odbyć. Jedyny warunek: musi być bawełniana, leciutka i obszerna, kieszenie mile widziane. W zależności od dodatków pełni najróżniejsze funkcje. Z sentymentu wybieram odcienie niebieskiego i szarości w delikatne prążki, bo tak wyglądała pierwsza, którą w życiu miałam. To tego typu rzecz, którą pakuję do walizki i mam z głowy 3/4 wakacji. Bo też ważne jest to, że ubraniom, które naprawdę lubimy, nie poświęcamy wiele myśli. Jest sympatia, jest chemia, nie zaprzątamy sobie nimi głowy. Jeśli relacja byłaby wyboista, to i komfort gdzieś by zapewne przepadł. A my, zamiast odpoczywać, analizowałybyśmy po kolei, co jest nie tak i w którym dokładnie momencie. Lubię też do tego typu sukienek dobierać buty mniej plażowe, niż by się publiczność spodziewała. Tu kowbojki, które należą do typu obuwia “jak nie pasuje do niczego, to pasuje do wszystkiego”. Przynajmniej według mojej osobistej percepcji.
Podkreślam co i rusz, że to nie są historie obowiązkowe. Dlaczego? Bo każda z nas ma swoje upodobania i swoją strefę komfortu, jakkolwiek wyeksploatowane to określenie by nie było. Moda i trendy mają być środkiem do celu, nie celem samym w sobie. Pomocnymi narzędziami, nie zbiorem nieznoszących sprzeciwu reguł. Dlatego uważam, że odzieżowy powrót do momentu (lub momentów, bo to nie musi być jeden punkt na linii czasu), w którym zaczynałyśmy kształtować własny styl, będzie nieoceniony. I na takim solidnym fundamencie możemy sobie zbudować całą resztę. Czy będzie zawierać białe spodnie i ogrodniczki w kratkę, czy długi zamszowy płaszcz, czy koszulkę ulubionego zespołu, czy buty identyczne z tymi z piątej klasy podstawówki - zależy tylko od nas. Pora zdezorientować algorytm.
No posts

Comments
Nothing yet. Say the first thing.
Sign in to join the conversation.