Zgodnie z prognozą było słonecznie i zapowiadało się na taki sam ciąg dalszy. W planach miałam Murowaniec, a potem się zobaczy. Wysiadłam więc w Brzezinach i dawszy bilet do zeskanowania (techniki sprawdzania ważności różnią się od sprawdzającego - tym razem był grany qr kod), posnułam się Doliną Suchej Wody. Początki były ciężkie, ale liczyłam po cichu, że wyżej powietrze będzie lżejsze, i nie zostałam zawiedziona.
Tu też remonty, echo niosło po górach odgłos maszyny do ubijania nawierzchni, były też nowe przepusty. Zanim jednak dotarłam do strefy naprawiania, był całkiem przyjemny, a z wysokością coraz przyjemniejszy spacer. Okazało się, że na Psiej Trawce ponownie pojawiły się toitoje, przybyło też ławek, co zaliczam na plus. Przyjemnie tam się odpoczywało w słonecznym ciepełku z lekkim powiewem, uzupełniając płyny.
Widoki ze szlaku też były cudne. Przy okazji odkryłam istnienie ciekawych tandemów, bo mijało mnie nieco turystów na rowerach: zwykłych i elektrycznych. A tandemy nie były standardowym rowerem dla dwóch osób, tylko dwoma rowerami połączonymi taśmą. Interesujące rozwiązanie.
Pod schroniskiem tłumek niewielki, jak na pogodę i możliwości tego miejsca. Wyhaczyłam ciekawy stojak dla rowerów oraz pojazd wskazujący na to, że TOPR najwyraźniej przygotowuje się do ratowania ludzi także na Marsie. Powiedzcie, czy ten traktorek nie wygląda kosmicznie? W tym dobrym sensie?
W schronisku jak zwykle nowoczesność została obudowana tradycją, choć problemy wciąż te same. W końcu ludzka natura i pomysłowość aż tak szybko się nie zmieniają. Chyba jako ludzkość po prostu jesteśmy tradycjonalistami. Podświadomymi.
Po krótkiej regeneracji i sprawdzeniu, co tam się namnożyło w telefonie, kiedy miałam włączony tryb lotniczy (dobry patent na oszczędzanie baterii na szlaku), ruszyłam do rozejścia się szlaków. Uznałam, że początkowa słabość już odpuściła i spróbuję wrócić z buta do Małego Cichego. Także w ramach cichego buntu wobec podwyżki biletów na busa, a co. Wybrałam więc trasę zielono-żółtą, by potem pójść żółtym szlakiem, prowadzącym na Krzyżne, bo niedaleko Czerwonego Stawu odbija od niego zejście do zielonego szlaku, więc wyglądało na ciekawą opcję.
Początki były bardzo przyjemne, zresztą tak je zapamiętałam z ostatniego przejścia. Na początek Kaczeńcowy Potok (na pewno inaczej się nazywa, ale teraz wygląda, jakby płynęły nim te piękne żółte kwiaty). Po drodze minęłam ewidentnie nowy kamienny budynek, a potem łagodne podejście do skrzyżowania z kurakiem. Cietrzewiem znaczy, którego wizerunek sponsoruje ten wpis.
Skręciłam w prawo, szlak nadal szedł łagodnie i przyjemnie się wędrowało. A potem pojawiło się szerokie rumowisko skalne, jak się potem okazało: pierwsze w zestawie. To, chociaż szerokie, to oferowało szlak w poziomie, więc po wytartych śladach poprzedników przechodziło się przez nie całkiem sympatycznie. Za nim było zejście do Żółtego Potoku, które kończyło się tak ze dwumetrową skałką warstwową, prawie pionową. Z góry wyglądało to jak do przejścia, ale i tak stresująco. Wprawiona Olejarnią podeszłam ze spokojnym zrezygnowaniem i zeszłam. Jakoś. Zdecydowanie bez wdzięku, ale skutecznie.
Potok przepiękny, to jego początki. Spływa od źródła po grubej warstwie mchu, rozlewając się w stawek, przez który da się przeskikać o suchym bucie.
Wyszłam ze żlebu i zdziwiło mnie to, że nie widać żadnego stawu ani niczego w podobie. Zaczęłam się więc wspinać, licząc po cichu, że może za kolejnym przewyższeniem, niekoniecznie tym zamykającym horyzont. Na wszelki wypadek zapytałam jednak idących za mną panów, czy kojarzą Czerwony Staw. Okazało się, że byli już na tym szlaku, ale nie pamiętają, żeby coś takiego było. Jeśli już, to za tamtą granią.
Oj. Podziękowałam i wyjęłam mapę, którą, jak się okazało, źle zapamiętałam. No nic. Moje nogi i reszta układów cielesnych wszelakich spięła się na myśl o konieczności takiej wspinaczki, wypominając mi środę. Usiadłam więc na chwilę, wtulając się w przerzucony do przodu plecak i odpoczęłam. Po czym posnułam się w górę, międląc w sercu zazdrość wobec tych, co mają lepsze warunki oddechowo-wytrzymałościowe. Mottem ruchu było: “To ostatnia grań, za nią będzie już w dół”. Zaiste, na tamten moment była to cudowna wizja.
Widoki na Buczynowe z Doliny Pańszczyca, jak widać, piękne. Już z grani widziałam rozejście się szlaków i wiedziałam, że tym razem Czerwonego Stawu nie zobaczę, jeśli chcę dojść pieszo do MC. W tym przekonaniu utwierdziło mnie kolejne rumowisko, tym razem wymagające schodzenia po nim pod pewnym nachyleniem. Niestabilne podłoże to niekoniecznie to, co najbardziej cenię przy schodzeniu w dół.
Przy znaku rozejścia pod skałami głucho brzmiała bulgocząca woda, ale źródło wybijało nieco niżej, już na czarnym szlaku, którym schodziłam. Ogólnie przez pewien czas biegnie on dnem potoku, więc zaczęłam się już zastanawiać, czy dobrze idę, ale znaki wskazywały właśnie tę trasę. Zresztą schodzący z Krzyżnego mężczyzna, którego puściłam przodem, szedł potokiem. Dróżka była kamienista i z kilkoma malutkimi podejściami, ale ruch w dół zdecydowanie pozostaje moim ulubionym etapem wędrowania. Tam, gdzie kończy się droga znaczna na czarno, bo dobija do tej na zielono, spotkałam grupę sympatycznych Słowaków. Rozsiedli się tam, więc przeszłam Pańszczycki Potok i znalazłszy odpowiednio wysoką skałkę, wzięłam z nich przykład. Pożyczyli mi “dobrej huti” (drogi), kiedy mnie mijali, co było zdecydowanie miłe.
Wkrótce sobie przypomniałam, czemu ten szlak zostawił u mnie średniej jakości wspomnienia - jest bardzo kamienisty i nawet w dół idzie się nim średnio. Nadal pozostaje jednym z bardziej malowniczych, ale potrafi dać w kość. Poza tym okazało się, że w tym roku ma dla wędrowców jeszcze jedną niespodziankę, mianowicie mały lodowczyk.
Kiedy go zobaczyłam, przypomniało mi się, że dzień wcześniej rozmawiałam z żoną starszego brata o tym, że nigdy nie zdarzyło mi się trafić na śnieg w czerwcu. I pokarało, bo trafiłam, i to nie na byle jaki.
Główny problem z nim polegał na tym, że połamał drzewa z oznakowaniem (jak widać na pierwszym zdjęciu) i zgubiłam szlak. Próbowałam przejść pod śniegu, ale za jego smugą nie było znaków, więc odpaliłam nawigację w telefonie - czasem technologia jest ostatnią komórką ratunku. Okazało się, że szlak jest obok, a chociaż od śniegu bardzo przyjemnie ciągnęło chłodkiem, stwierdziłam, że zejdę do ostatniego znaku i odbiję w prawo. Do dołu lodowczyka doszedł właśnie jakiś mężczyzna i zaczął mi wmawiać, że dobrze szłam, ale za dużo przemawiało przeciw jego twierdzeniu. Na szczęście na szlaku pojawiła się para młodych, która szła w przeciwnym kierunku i okazało się, że nawigacja miała rację. Na pohybel zresztą TPN-owi, bo okazało się, że owszem, ścięto uszkodzone drzewa, ale położono je w poprzek szlaku, więc trudno było się wyznać, że to właśnie tam trzeba przejść.
Dowiedziałam się (od tego samego pana), że lodowczyk stąd, iż wiosną, po silnych opadach mokrego śniegu, tym żlebikiem zeszła lawina. Po skali zniszczeń widać, jaka to potęga - śnieg po prostu wyrył sobie koryto przez las, bo czemu nie. Przedostałam się więc przez zwalone drzewa i idąc dalej, dumałam, jakim skarbem na drodze, nie tylko górskiej, są inni ludzie. Czasem to ich obecność lub aktywność jest tym, co pozwala odnaleźć właściwą drogę, nawet jeśli wasze drogi tylko się krzyżują i całe spotkanie polega na minięciu się na szlaku.
Na Równi Waksmundzkiej powitały mnie głosy kruków (para leciała sobie w stronę grani Tatr) i cudny widok, jak wymalowany, na Cisową Czubę i Czerwoną Skałę. Złapałam oddech, przepiłam żelem z kofeiną i innym wzmacniaczami (świetna rzecz, polecam!), po czym ruszyłam w stronę Góry Schodowej aka Gęsiej Szyi.
Szlak świetnie mi znany, więc potraktowałam go spacerowo, chociaż zejście daje w śródstopie i kolana, oj daje. Na Rusinowej całkiem pustawo, chociaż okoliczności przyrody wspaniałe: słońce, delikatny powiew, widoki powalające. Przy Złotym Potoku umyłam ręce i nieco się ochłodziłam, a przy schodzeniu w stronę Wiktorówek zobaczyłam, że kładący wodociąg okopali biednego jaworka. Mam nadzieję, że drzewo przeżyje, jakoś polubiłam je czy coś. Rzut oka na zegarek pokazał mi, że zdążę spokojnie na mszę, więc spokojnie dopiłam, co miałam w plecaku, i zaczęłam ostatni etap.
Do MC dotarłam wysuszona na wiór, z cichą nadzieją, że lodziarnia będzie otwarta. Niestety, nie była. Na szczęście, dzięki pomocy pana organisty (sama jakoś nie potrafiłam się zmotywować) dostukaliśmy się do plebanii i o. Mateusz poratował mnie szklanką wody. Cudowna w smaku.
Myślałam, że dziś rano będzie gorzej, jednak da się ruszać. Szlak dał mi w kość, ale go polubiłam, może jeszcze kiedyś spróbuję podejścia od drugiej strony. Dziś i jutro burzowo, więc się regeneruję. W końcu książki na kundelku same się nie przeczytają!
No posts

Comments
Nothing yet. Say the first thing.
Sign in to join the conversation.