RSS Amplifier

Ela Wiater · Jun 18, 2026

Technika ślimaka

0
Sign in to vote or save

Ela Wiater · Ela Wiater

Dzień wstał z tych labilnych pogodowo, co oznaczało, że prognoza się sprawdzi: czasem słońce, czasem deszcz. Wstałam wcześniej i pojechałam do Zakopanego, tam sobie poszłam na mszę do sanktuarium Świętej Rodziny, a potem się… zgubiłam. Zobaczyłam, że jest boczne wyjście i wykombinowałam, że tak dojdę prędzej na przystanek. Eeee, nie. Nadrobiłam kawałek, bo przeceniłam swoją znajomość osiedlowych uliczek. Cóż, niektórych rzeczy trzeba uczyć się przez doświadczenie.

Pojechałam do Doliny Małej Łąki, po raz kolejny dumając nad tym, że ten przystanek jest taki kawałek od wejścia. Niby moje serduszko skłonne do tworzenia teorii spiskowych podejrzewa, że jest stworzony pod ośrodek kondycyjny Wojska Polskiego (wejście do niego jest niedaleko wiaty), a nie turystów, ale to tylko moje serduszko.

Przy wejściu na szlak znów zabłądziłam, bo dla niepoznaki jest ono oznaczone jako wejście na Ścieżkę pod Reglami, o Dolinie ani pół znaku czy żółtej kropki, a ja zwykle tamtędy wychodzę niż wchodzę. Zaczęłam się już zastanawiać, czy to nie bierny opór rzeczywistości, ale szkoda mi było stracić dzień, więc uznałam, że przełamię ten opór siłom i godnościom osobistom. Ale najpierw kibelek: elegancki, czyściutki, z podjazdem dla wózków i czynny tylko w godzinach otwarcia kasy biletowej. Po 16.00 nawet nie ma co marzyć o jego wykorzystaniu, jest zresztą info na drzwiach. Przy wejściu do Strążyskiej jest tak samo, tylko ostrzegam.

Pochwaliłam się, że umiem kupić bilet do TPN-u przez internet, a potem poszłam w głąb. Po drodze najpierw mnie minął zgrabny pojazd z materiałem na nawierzchnię, a potem ja mijałam, coś ze dwa razy, ekipy czyszczące przepusty i zasypujące dziury w szlaku. W dolinie para państwa w średnim wieku, dywagujących, jak męczący szlak chcą wybrać, potem wycieczka szkolna, ale cicha i bezproblemowa. Do tego pan zięba, liczący, że coś mu zostawimy, i Wielka Turnia w chmurnej czapie. A łąka zasypana kwiatami, mnóstwo storczyków, zieleń intensywna, pociągnięta jak smugami akwareli żółcią jaskrów i różem innego kwiecia. Nad wszystkim zapach kwitnącej właśnie marchwicy: słodkim, z orzechowym podtonem.

Pożywiając się oscypkiem z żurawiną, dumałam, gdzie mnie dziś nogi zaniosą. Koncepcje miałam dwie: Przełęcz w Grzybowcu i w dół albo taż sama i w górę, pod Giewont. Do tego drugiego szlaku przymierzałam się już ze dwa razy, zawsze coś wypadło. Uznałam, że zdecyduję na przełęczy. Wiedziałam, że na nią jest trochę podejścia, więc postanowiłam zastosować technikę ślimaka połączoną z drugą zasadą trzmiela, czyli iść wolno, ale do przodu, i we własnym stylu, nawet jeśli nie jest on zbyt elegancki.

Po drodze sporo lasu wyżartego przez korniki i powoli już od dołu zarastającego jarzębiną i wierzbami. Ludzi na szlaku bardzo mało, kilka biegaczek górskich, ale nie raczyły odpowiedzieć na moje “cześć”. Fakt, że miały słuchawki w uszach, mimo to jakoś tak przykro. Potem wyżej też spotkałam biegaczy i oni nie mieli problemu z powitaniem. Może to działa dopiero od pewnej wysokości n.p.m.? Dobra, zjadliwa jestem.

Doszłam więc na przełęcz, błogosławiąc amerykańskiego jutubera, od którego nauczyłam się techniki ślimaka. On jej nie nazywał, po prostu jest typowym włóczykijem (a sądząc po rysach, także Indianinem) i w jednym z swoich wideo opowiadał o tym, jak iść, żeby dojść tam, gdzie się chce: przede wszystkim uznać swoje tempo, robić małe kroki i trzymać rytm. Rzeczy oczywiste, ale potrzebowałam tego przypomnienia. Rzeczywiście, szłam wolniej niż wskazują czasy przejść na mapie, ale doszłam dalej i wyżej niż to dla mnie typowe. I, co więcej, nie zwymiotowałam na górze, a to już olbrzymi sukces.

Popatrzyłam na zegarek, a ponieważ pora była młoda, padało tylko na dole i ciśnienie było przyjazne, stwierdziłam, że zaryzykuję podejście. Od przełęczy do grzbietu Grzybowa jest dość ostre podejście, szlak z gatunku tych, po których lepiej wchodzić niż schodzić (drobne skałki, żwir, spore nachylenie). Szlak po kawalątku podejścia gwałtownie skręca w prawo, więc łatwo go zgubić - mnie uratowała przed tym idąca z mną para, która korzystała z nawigacji w telefonie. Potem jest dalej pod górę, jest też odbicie na bok, do punktu widokowego, skąd cudnie widać obie turnie, Małą Łąkę i to, co w dole, z Beskidami włącznie. Nawet jeśli tam leje.

Przejście po grzbiecie jest, co prawda, lekko pod górę, ale po poprzednim fragmencie to bardzo przyjemny trawersik, taki odpoczynkowy. Potem jest kawałek zejścia, z cudnymi widokami na turnie i Czerwone Wierchy. Dobrze się ponapawać i wzmocnić psychicznie, bo Olejarnia ma swoje mroczno-skalne sekrety. Jeden z nich jest na początku tekstu, zdjęcie zrobione już po tym, jak przez niego przeszłam. Po prostu podejście i potem zejście jest skaliste. Bardzo piękne, nie da się zaprzeczyć, ale oprócz kondycji trzeba jeszcze kombinować i zdecydowanie nie polecam nikomu z lękiem wysokości.

Przy pierwszym skalnym progu pomocny konar podała mi uschła kosodrzewina. Sądząc po poziomie wyślizgania tej gałęzi, nie tylko ja korzystałam z jej wsparcia. Kijki były bezużyteczne, więc smętnie zwisały mi z nadgarstka. Tu potrzebne były wszystkie odnóża jako tako czepne. Przeszłam i zadowolona z siebie poszłam dalej, a dalej okazało się, że między zachwycającą skałką z malowniczą kosodrzewiną a grzebietem zasadniczym jest kolejna niespodziewajka, czyt. test na wytrzymałość fizyczno-psychiczną niczego niespodziewającego się turysty. Wspięcie się było już, hm, ciekawe, ale kiedy weszłam na górę, przypomniało mi się powiedzenie Tuwima, że zanim się ktoś ucieszy przeskoczeniem rowu powinien jeszcze zobaczyć, w co wskoczył. W tym przypadku co prawda raczej na co, bo po drugiej stronie było wymagająco. Za mną szedł mężczyzna, a ponieważ wiedziałam, że mnie to zejście trochę zajmie, puściłam go przodem. Jak już zszedł na dół, zaproponował mi pomoc. Bardzo to było miłe, więc podziękowałam i powiedziałam, że dam radę, ale potrzebuję pomysłu i czasu. Pan tylko się uśmiechnął i powiedział, że tu nikt nie goni. Tak, dobre słowo bywa sporym wsparciem.

Pokombinowałam chwilę, popełniając oczywiście podstawowy błąd, bo zaczęłam schodzić plecami do skały. Plus był taki, że zastosowałam chwyt pośladkami, czyli usadowiwszy się na skale, nieco się zsunęłam. Udało się!

Po kilku szybkich krokach byle dalej od punktu zero zatrzymałam się dla kilku głębokich oddechów zrzucających kortyzol. A potem zrobiłam fotkę. Tak dla dokumentacji.

Niedawno na substacku Monika I. Betley (pozdrawiam!) wrzuciła wiersz o biegu od zakrętu do zakrętu - przypomniał mi się na szlaku, bo przechodziłam go od widocznego przewyższenia do kolejnego widocznego przewyższenia. Po zmaganiach na Olejarni przystanęłam na fragmencie podejścia pod Siodło osłoniętym skałami. Przez całą drogę wiało, z różnym natężeniem, a ja byłam spocona i zdjęcie plecaka oznaczało nieprzyjemny kontakt mokrej koszulki z lodowatym podmuchem. Tam jednak było zacisznie, co wykorzystałam do sięgnięcia po butelczynę Piwniczanki. Jeden z mijających mnie panów zażartował, że na szlaku nie wolno pić, na co odparłam, że jedni piją, drudzy nie i zależy jeszcze co. Panowie się roześmieli, ja też i całkiem sympatycznie się zrobiło.

Siodło okazało się tylko miejscem widokowo-odpoczynkowym, za którym było kolejne podejście, ale z którego też był widok na bliski już trawers na Wyżnią Przełęcz Kondracką, a od niej droga już tylko w dół. Nad nami po skałach skakał koziołek kozicy, raz nawet zrzucił trochę rumoszu skalnego i zastygł, patrząc, jak kamolki lecą na szlak i turystów poniżej - jak widać kozice też mogą generować zagrożenie. Ten był wiosennie zmechacony, widać, że zrzuca zimową szatę, a jak próbowałam mu zrobić zdjęcie, to dosłownie się na mnie wypiął. Bezczel. Ale uroczy.

Upolowałam też nieco zieleniny: pięknego tłustosza owadożercę i cudną kępkę dębika ośmiopłatkowego. Na przełęczy były jeszcze całe kępy urdzika karpackiego, czyli górskiego pierwiosnka - ślad, że jak niedawno zima odpuściła. Niestety, jemu trudno zrobić ładne zdjęcie, szczególnie na wietrze.

Okazało się następnie, że zanim dostąpi się frajdy trawersu, trzeba przejść jeszcze jedną próbę wspinaczkową. Na szczęście małą, choć tamtejszy upłaz ma nieco długości, to trudność jest na samym końcu. Znowu kijki poszły na nadgarstek, za to wykorzystałam kolana. Co prawda po tym wchodzeniu został mi ślad w postaci siniaka na przedramieniu, ale dałam radę. Swoją drogą wykorzystanie miejsc wyślizganych, czyt. wykorzystanych przez innych, to dobra taktyka.

Z przełęczy był cudny widok, którego urokliwość podnosił fakt, że mogłam zacząć iść w dół. Wiało, jak to na przełęczach, ale maszerujące po niebie chmury i ich wędrujące po górach cienie, to był niesamowity spektakl.

Po drodze spotkałam idąc na Giewont sympatyczne małżeństwo z synem z zespołem Downa - chwilę pogadaliśmy, bali się deszczu. Do tej pory moje doświadczenie było takie, że tylko chwilkę padał konwekcyjny, więc w zasadzie jakby wcale nie padało, więc ta wiedza się podzieliłam.

A jak miałam już za soba większość szlaku do schroniska, Pan postanowił po raz kolejny tego dnia spuścić obfity deszcz i odnowić swe omdlałe dziedzictwo. Ta wielkość kropli nie mogła mylić, więc szybko nałożyłam osłonę na plecak i przyspieszyłam kroku. Lunęło równo, tak po tatrzańsku. Po chwili byłam przemoczona do suchej nitki i tylko miałam nadzieję, że moi rozmówcy byli powyżej poziomu chmur i nie zmokli.

Do schroniska dotarłam w formie nasączonej dobrze gąbki, nieco drżącej, bo po wyjściu z lasu przewiewało. Skorzystałam z kibelka (jest już wpłatomat, ale nadal da się wejść, skanując rachunek z jadłodajni), upewniając się, że kurtka w plecaku pozostała sucha.

Kiedy weszłam do schroniska, moim oczom narzucił się serniczek. Z białą czekoladą. Otrząsnęłam się jednak spod jego uroku i zamówiłam to, co mi się marzyło już na szlaku: gorącą czekoladę z bitą śmietaną. Słodkie, ciepłe, tłuste i z magnezem - sama dobroć. Dosiadłam się do pani pożywiającej się cudnie pachnącą zupą grzybową i chwilę pogadałyśmy. Okazało się, że jest z Poznania a w Krakowie bywa w teatrze, więc tematów trochę było.

A potem nałożyłam na wciąż wilgotny podkoszulek suchy windstoper (nieironicznie bosko) i ruszyłam na dół. Wyszło piękne słońce, a niebo się przetarło. W końcu, czemu by nie. Jeszcze tylko fotka pięknego wianka na drzwiach schroniska i można biec.

W Kuźnicach złapałam busa tylko dzięki uprzejmości pasażerów, którzy zatrzymali już odjeżdżającego kierowcę. To oznaczało, że mam szansę złapać busa do MC z 16.10. Okazało się, że i tak bym go złapała, bo przez zmiany w organizacji ruchu w Zakopanem miał pół godziny opóźnienia. W MC też nie miał dobrze, bo właśnie trwała msza z bierzmowaniem i wszystkie miejsca parkingowe były zajęte, łącznie z kopertą dla busa przy przystanku. Stało na niej BMW, nie zmyślam. Idealne zobrazowanie stereotypów dotyczących mentalu ludzi jeżdżących tą marką.

Jeszcze tylko gorący prysznic, obiado-kolacja i spanko. Na szczęście nie dopadło mnie żadne przeziębienie, a dziś dzień ciepły, choć chmurzasty. Nie wiem, czy jeszcze kiedyś zdecyduję się na wczorajszy szlak, ale cieszę się, że zaryzykowałam. Było warto.

No posts

Read the original on boskichart.substack.com

Comments

Nothing yet. Say the first thing.

    Sign in to join the conversation.