Zabierałem się jak do jeża za komentarz na temat dymisji wiceprezydentek w związku z aferą w Szpitalu Południowym. I dobrze, bo Arkadiusz Gruszczyński zrobił to w końcu za mnie. Też uważam, że Renata Kaznowska, to miejska urzędniczka z prawdziwego zdarzenia, i choć nie zawsze zgadzałem się z jej decyzjami, to myślę, że Warszawa odczuje ten brak. A jeszcze mocniej odczuje go Rafał Trzaskowski, który w swoim najbliższym otoczeniu nie ma już chyba nikogo, kto by się w ogóle przejmował miastem.
Na temat Machnowskiej-Góry nie mam wyrobionego zdanie, bo to osoba, która w mieście pojawiła się w czasach, gdy ja już mniej zajmowałem się jego codziennym funkcjonowaniem, więc brak mi obserwacji, rozmów i rozeznania. A pisać o personaliach w oparciu o opinie innych nie będę. Ale w powyższym tekście "Stołka" jest resume; można sobie wyrobić zdanie samemu.
Dla mnie najbardziej wymowne jest jednak to, że stanowisko zastępcy prezydenta zachował Tomasz Mencina. Jego dymisja byłaby merytorycznie co najmniej tak samo zasadna, bo w ratuszu Mencina odpowiada za… nadzór nad miejskimi spółkami. Zarazem jest to urzędnik kompletnie przeźroczysty — nie przypominam sobie żadnej jego decyzji czy nawet wypowiedzi.
W swojej karierze już za to jedną samodymisję — związaną z zaniedbaniami przy nadzorze nad budową Hali Ursynów. Był też burmistrzem Bielan, o ile pamiętam, decyzją ówczesnej prezydent miasta, a nie z wyboru rady dzielnicy. Z ten okres ciągnie się za nim sprawa nadzoru na budową drogi rowerowej, na której doszło do śmiertelnego wypadku (zgodził się na podawanie nazwiska w tym kontekście). Prokuratura wniosła właśnie apelację na jego niekorzyść.
Oburzało mnie już samo powołanie go na stanowisko zastępcy prezydenta, nawet zanim w sprawie wypadku zapadł wyrok pierwszej instancji (uniewinniający). To, że Trzaskowski poświęcił Kaznowską, a Mencinę zatrzymał, mówi wiele o jego priorytetach.
W tle tych dymisji i w ogóle całej afery szpitalnej, bez echa, mam wrażenie, przeszła informacja o odejściu Michała Krasuckiego ze stanowiska Stołecznego Konserwatora Zabytków.
Bez mała dekada jego rządów w tym urzędzie upłynęła przede wszystkim pod znakiem sporów z władzą centralną. SKZ utracił w ich efekcie sporą część kompetencji, które odebrał mu konserwator wojewódzki, głównie po to, by zalegalizować pomnik smoleński na Placu Piłsudskiego. Po zmianie władzy Krasucki doprowadził do odtworzenia porozumienia w tej sprawie.
"Gazeta Stołeczna" podsumowała jego kadencję — nie będę tego streszczał, dodam tylko, że osobiście nie przypominam sobie żadnej kontrowersyjnej zgody na rozbiórkę czy demolkę zabytku za kadencji Michała Krasuckiego. Co, jak na praktykę tego biura, jest ogólnie rzecz biorąc doskonałym wynikiem.
Z ratusza odchodzi tym samym kolejna osoba, która trafiła tam w ciekawym okresie, między referendum w sprawie odwołania Hanny Gronkiewicz-Waltz (2013), a początkiem rządów Rafała Trzaskowskiego (2018). W urzędzie miasta nastąpiła wtedy kadrowa zmiana pokoleniowa, a część z niej stanowili aktywiści. Krasucki działał wtedy w Towarzystwie Opieki nad Zabytkami, był zaangażowany w spory na ich temat. Najpierw został zastępcą, a potem dyrektorem urzędu.
A propos wciskania pomnika na placu Piłsudskiego. Pamiętacie jeszcze, w jakim trybie poprzednia władza ubogaciła nim miasto? Dobrze, że obecna w życiu by się do czegoś takiego nie posunęła!
Jak informuje organizacja Clean Cities, dwa lata po wprowadzeniu niespecjalnie uciążliwej i nieszczególnie twardo egzekwowanej strefy czystego transportu, zanieczyszczenie dwutlenkiem azotu spadło w jej granicach o 18 procent (poza strefą o 5) (przy czym sama organizacja zastrzega, że to jedynie korelacja — na jednoznaczne zbadanie efektu samej STC, z pominięciem innych czynników, potrzeba więcej czasu.
Pierwszy mandat za wjazd do STC autem bez uprawnień wystawiono w Warszawie 1,5 roku po jej wprowadzeniu, ale jeszcze bardziej przeraża to, że odkąd już w ogóle zaczęto je wystawiać, ukarano… 48 kierowców, a około 100 kolejnych spraw jest w toku (co łącznie stanowi 1,5 procenta tych, których nie powinno być w strefie).
Żyćko dostarczyło w ostatnich dniach kolejnego dowodu na to, o czym pisałem kilka tygodni temu na łamach "A-m". Muzeum Sztuki Nowoczesnej znów wtopiło tak, jakby w ogóle nigdy nie zajmowało się tematyką miejską i kompletnie się tym miastem nie interesowało.
Muzeum przyznało się do błędu i zapowiedziało zdjęcie reklamy, ale niesmak pozostał.
A skoro o politykach miejskich mowa, to powoli można już chyba ogłaszać śmierć warszawskiego budżetu obywatelskiego. Przyznaję: sam nie mam już od dawna siły i czasu przeglądać propozycji, o dwóch czy trzech, które sam chciałem zgłosić, dawno już nie pamiętam.
Nie mam gotowej odpowiedzi na pytanie, czemu BO pada. Czy to jest szerszy problem i kwestia zaangażowania, czy też węższy, samej organizacji zgłaszania projektów i głosowania. Mieszkańcy narzekają, że projekty są odrzucane, często bez żadnej próby ich poprawienia czy informacji zwrotnej. Na pewno odwleka się realizacja wielu z nich, a niektóre, mimo wygranej, w ogóle nie są realizowane.
Czegoś w każdym razie zabrakło. Jak dla mnie — gdzieś wyparowała ta energia, która stała za wprowadzeniem BO. Ot, kolejny dowód na to, że czas miejskiego aktywizmu minął.
Jak donosi Miasto Jest Nasze, odpowiedzialny za ustawę o najmie krótkoterminowym sekretarz stanu w ministerstwie sportu i turystyki Ireneusz Raś wycofał z projektu poprawki wniesione przez stronę społeczną, w praktyce go kastrując. Przede wszystkim wypaść miały zapisy dające wspólnotom kontrolę nad tym, czy zgadzają się na taki najem w swoich budynkach. Został w zasadzie tylko rejestr lokali, bez większych sankcji.
To się samo komentuje, ale dodatkowym, smutnym aspektem jest to, co dzieje się w komentarzach. Otóż kwitnie tam teoria, że nie po to miejscy włodarze czynili śródmieścia nieprzyjaznym do życia (tak, tak, chodzi o parkowanie i zwężanie ulic, a jakże), żeby teraz wycofywać się z biznesu, który na tym zyskuje.
I tak sobie myślę, że w zestawieniu z wcześniejszymi informacjami i moją tezą o powolnej śmierci ruchów miejskich, to wszystko niestety nie rokuje dobrze. Pozytywnych zmian w centrach polskich miast będzie trzeba bronić coraz bardziej, będzie to coraz trudniejsze, i coraz mniej będzie do tego chętnych. Idąc dalej, można nawet powiedzieć, że system wchłonął, przeżuł i wypluł to, co kilkanaście lat temu stanęło mu na drodze.
Artur Celiński przytomnie zauważył ciekawą sprzeczność między publikacjami stołecznej i trójmiejskiej “Wyborczej”. Podczas gdy ta pierwsza ciągnie cykl artykułów o społecznych kosztach rozlewania się miast, ta druga radośnie reklamuje ten model “rozwoju”.
Skomentowałem u Artura, więc tu się tylko powtórzę:
Od osoby, która wyprowadziła się z Warszawy do Trójmiasta, usłyszałem kiedyś, że te dwa miejsca dzieli jakieś 10 lat. I rzeczywiście tak czyta się ten artykuł. Myślę więc, że 10 lat trójmiejska wyborcza odkryje to, co od jakiegoś czasu opisuje stołeczna. Oczywiście mogliby po prostu ze sobą rozmawiać ale w korpo to tak nie działa...
W ten najgorętszy weekend, ze 40 stopniami, zrobiłem na rowerze ponad 500 kilometrów. Nie polecam. To było trudne i chyba przede wszystkim niezbyt bezpieczne. Wspomnieć wypada natomiast o jednym miejscu — o Toruniu. Byłem w tym mieście raz, czy dwa, ale tylko przejazdem i w biegu. Teraz też nie miałem czasu na zwiedzanie, a szkoda, bo Stare Miasto wydaje się bardzo atrakcyjne. Spróbuję wrócić bez roweru, chociaż — i o tym chcę napisać — rowerowo miasto zaskoczyło mnie bardzo pozytywnie. Bardzo dużo szerokich, asfaltowych dróg rowerowych przy głównych arteriach to jedno, ale jaki nam się dojazd do miasta wylosował! Od strony miejscowości Czernikowo, wzdłuż bardzo różnej jakości dróg, od szutru, przez zdezelowany asfalt, aż po normalną szosę, biegnie leśna droga rowerowa. W miejscowościach — nic szczególnego: asfaltowy ciąg pieszo-rowerowy. Ale pomiędzy nimi jest to szutrowa alejka przez las. Alejka taka, jak w miejskim parku - szuter jest gładki, ubity, równiutki. Spokojnie da się po nim jechać na szosowych oponach i mieć z tego fun. I tego szutru jest łącznie ze 20 kilometrów. Chyba jeszcze takim długim odcinkiem tak dobrego szutru nie jechałem.
Drugi świetny odcinek to był mój wyjazd z Torunia — asfaltowa droga rowerowa, częściowo śladem kolei, w kierunku Bydgoszczy, po wschodniej czy raczej na tym odcinku, po północnej stronie Wisły. Ale to nie była niespodzianka — wiedziałem, co będzie, bo obejrzałem to wcześniej na zdjęciach. Niemniej tu też kilkadziesiąt kilometrów wspaniałej trasy, zakończonej w miejscu niezwykle ważnym dla polskich sportów rowerowych — na rampie Pawła Jumpera.
Z pierwszej części wycieczki do odnotowania jest jeszcze odcinek od miejscowości Arciechów do Dobrzykowa, To są prawdziwe Gassy Północy — jechałem tędy już nie pierwszy raz i znów byłem zachwycony. Wąska, asfaltowa droga wzdłuż Wisły, może trochę za płaska, ale za to meandrująca między starorzeczami. I, jak już wiem, nie jedyna taka w tej okolicy. Niestety, nie ma tu łatwego dojazdu PKP. Można spróbować narysować sobie pętlę z Sochaczewa lub próbować dotrzeć tu od strony Kuna, ale nie ominie się wtedy bardziej ruchliwych dróg. Optymalny byłby pewnie start z Płocka, ale tam koleją dojechać jest trudniej, niż rowerem. Niemniej bardzo polecam te okolice, jeśli ktoś szuka tego co na Gassach, tylko bez tłumu kolarzy.
Po dniu odpoczynku zaliczyłem jeszcze bardzo fajny spływ kajakowy — jak byście mieli okazję, to serdecznie polecam, bo odcinek jest zupełnie niezwykły i ruszyłem w drogę powrotną, ale już świadomie odpuściłem sobie nocne przebijanie przez dobrze znane okolice i w Ciechanowie wbiłem się do pociągu. Rejon Mławy, na wschód od S7, jak zwykle nie zawiódł — kolejne zagłębie fajnych, asfaltowych dróg. Część z nich znam, bo przez kilka sezonów omijałem nimi przebudowę ekspresówki. Teraz nie ma tam żadnego ruchu — nic, tylko korzystać.

Comments
Nothing yet. Say the first thing.
Sign in to join the conversation.