RSS Amplifier

LadneDobre’s Newsletter · Jul 30, 2026

Baterie same się nie naładują

0
Sign in to vote or save

LadneDobre · LadneDobre’s Newsletter

* Podobno * z pustego to i Salomon nie naleje. A jednak jakoś tak trudno uwierzyć że to na serio. No bo jak? Nie dawać z siebie sto procent? Nie wymagać? Nie cisnąć?

Samo się zrobi? Wiadomo że nie. Odpuścić i zaufać temu (tym) co dookoła? Głupie i niemądre. Kontrola to przecież jedyna właściwa odpowiedź na każdą wątpliwość.

Wiem że jest koniec lipca, początek sierpnia. Przyroda ROZHULANA, gorąco, słonecznie, asfalt i życie wibrują od tej eksplozji energii. Aaaale lato to też koniec, pożegnanie. To Ostatni Wybuch Energii, zanim (nasz) świat zacznie się układać do zimowego snu. Bo powoli liście się robią bardziej suche, owoce dojrzewają, gotowe do zbiorów i zapasów na jesień, zimę i wiosnę.
To ostatnie imprezy, wypady nad wodę, długie rozmowy pod gołym niebem. A potem zaczyna wiać chłodem, dni skracają się za szybko i niewiadomo kiedy znów zimno, ciemno i ponuro.

Nie chcę nikogo przygnębiać tym opisem. Dla mnie ten czas jest wyjątkowy. W wielu kulturach to jest właśnie koniec roku. Od kiedy znam tę perspektywę, z miękkością zerkam na wrzesień i październik. Ale co mają pory roku do odpoczynku, you may ask?

Cykliczność. Spokój w nadchodzących zmianach. Pewność że po lecie przychodzi jesień, a po zimie wiosna. Że zima nie zaskakuje nikogo, ona płynnie pojawia się w swoim czasie, ze swoimi darami. Natura nie obraża się na nią, tylko z jej obecności korzysta. PO COŚ jest to jesienno zimowe rozleniwienie, te krótkie dni może nam trochę sugerują, że to nie czas na długie, nocne rozmowy pod gwiazdami i spotkania nad wodą? Że to jest czas ładowania baterii.

Kobiety mogą zauważyć u siebie, jak cykliczność wymusza pewne zachowania. Przed okresem nie masz ochoty na zdobywanie świata. W ciele jest jesień, masz ochotę na kocyk, coś pysznego i bycie w sobie. Za to po okresie możesz przenosić góry, wraca energia, pewność siebie i poczucie że mogę wszystko. Mała wiosna. Prezent od ciała, w subskrypcji miesięcznej.

Ciąża to też ciekawy okres. czuję jak moje ciało już teraz przygotowuje mnie na to, co będzie kiedy dziecko pojawi się na świecie. Mam wyraźnie mniej energii. Coś, co było przed ciążą jednym z pięciu zadań do wykonania na ten dzień, teraz jest jedynym planem do wykonania na dziś (o ile uda się go wykonać). Na początku to frustrowało. Bo jak to tak? Przecież jak jestem aktywna, sprawcza. Co sobie wymyślę, to ogarniam. Raz, dwa i jest. A teraz jak? Mam prosić innych o pomoc? Mam patrzeć na to jak moje ciało męczy się i potrzebuje godziny w spokoju po wyjściu do kawiarni? No ludzie złoci.

W tej irytacji przypomniało mi się, że przeciwieństwem niezgody na daną sytuację jest akceptacja. Co tam na mnie czeka? Jak się poczuję, kiedy pozwolę sobie na to, czego ciało się domaga. I tak właściwie to jaki może być głębszy cel, lekcja tego jak teraz mój organizm zarządza energią?

I pomyślałam o połogu. O czasie z małym dzieckiem, które potrzebuje częstego karmienia i bycia obok. Że to średnio wygodne, kiedy mam pięć ważnych zadań do wykonania na ten dzień. Że kiedy przestawię się na tryb “jesień/zima”, chyba będzie mi łatwiej zaakceptować, zrozumieć, a może nawet polubić to bycie w miejscu. Ten brak * produktywności *. To bycie poza czasem, kiedy świat sobie pędzi, ma projekty, ważne sprawy, spotkania, umowy. A ja dalej w tym fotelu. Może z sudoku, może z jakąś ciekawą rozmową puszczoną w tle? Z czymś dobrym do picia, pod kocykiem. Średnio pamiętam co to za dzień tygodnia.

W liceum byłam tą osobą, która za jedyną słuszną literaturę uznawała tę WIELKĄ. Co poradzisz, etap egzaltowanej intelektualistki trzeba kiedyś przejść. Im wcześniej, tym większe prawdopodobieństwo że później się znudzi i człowiek stanie się normalną osobą która do “Wręczę ci mandacik” zatańczy, bo czemu nie, zamiast ostentacyjnie przewracać oczami. Etap. Ważny, potrzebny. Po co o tym piszę?

Czarodziejska Góra Manna. Pierwsza połowa XX wieku i sanatorium w Davos. Te czasy, kiedy dla pewnej części społeczeństwa wyjście z życia w trybie wiosna/lato było czymś oczywistym. Choroba, wypalenie, smutek, melancholia, złamane serce, większa zmiana życiowa i pyk. Znikam z życia. Nie że urlop będący weekendem przedłużonym o piątek i poniedziałek. Życie poza czasem, w trybie jesień/zima. Miesiąc, może trzy, może rok, może więcej.

Po co? Żeby zatrzymać się. Przypomnieć sobie czym jest nuda. Spędzić dzień w całości go marnując. Marnując :) Jak wtedy kiedy w dzieciństwie brzuch bolał i zostało się w domu. I właściwie to ten brzuch już przestał boleć, w domu cicho. I można zobaczyć jak się chce spędzić ten dziwny czas poza czasem. Kiedy wszyscy COŚ robią, a Ty nic nie musisz.

Może coś porysujesz, może coś obejrzysz. Może coś zjesz? Taka pauza w działaniu, żeby dać przestrzeń na pojawienie się dla czegoś zaskakującego. Może zauważysz jak światło porusza się po mieszkaniu w ciągu dnia? Jakie rytuały ma Twój kot? Dla mnie to też nowość i niewiadoma. Czasem straszna, bo to jak wejście do czegoś nowego, ale nie jak brama otwarta na świat, tylko bardziej ten jeden pokój, który będzie moim życiem przez kilka następnych miesięcy. To jest podróż wgłąb siebie. Stanięcie przed sobą i swoimi lękami, marzeniami, planami, oczekiwaniami. Ciekawe.

Romantyzowanie codzienności bardzo mi pomaga. Byłam tą dziewczynką, która cieszyła się na powrót do szkoły, bo miała całą szafkę nowych, pięknych, kolorowych kredek, długopisów, zeszytów, plastelina taka świeżutka, farby takie ładne wybrałam. I to sprawiało że nawet przez myśl mi nie przeszło że mogę się bać nowych wyzwań, nauczycieli, nowego roku szkolnego. Jarałam się o b i e k t a m i. Artefaktami nowego etapu.

Teraz robię coś podobnego. Dbam o to, żeby sypialnia była miękka i piękna. Ubrania po domu były wygodne i żebym czuła się w nich dobrze. Zbieram kadzidła, piękną zastawę, testuję przepisy na pyszne dania, które mogą mi umaić dzień w czasie połogu. A teraz doszła kolejna warstwa. akceptacji, zwolnienia. U mnie w głowie sierpień. Końcówka roku. Jeszcze gdzieś wyjdę, z kimś się spotkam, ale fotel, łóżko i ta miękka sypialnia coraz bardziej i głośniej mnie wołają. Przyciągają. A ja powoli przestaję z tym walczyć, jak ta gąsiennica (od dziecka uważałam że to jest właściwa forma. Idealnie oddaje jej ruch) która nie wie dlaczego, ale jakoś tak czuje, że koniec łażenia po ogrodzie. Teraz czas przypiąć się do łodygi i zacząć jakiś proces. Jaki? Nie do końca wiadomo. Na teraz tylko wie, że trzeba się położyć i cierpliwie czekać.

Metamorfoza. Nie wiem jak jest po drugiej stronie. Nie wiem co za motyl ze mnie wyjdzie. Nie wiem jak jest w kokonie. Ale czuję że on mnie woła. Że jest w tym coś silniejszego niż moje myślenie, edukacja, przekonania, to co wyczytałam. To coś zwierzęcego, pierwotnego. Zamiast z tym walczyć, pozwalam tej sile się prowadzić. W końcu to jest jakiś wielki kosmiczny taniec, którego jestem częścią. I tańczę do tej samej melodii, co pory roku, fazy księżyca i gąsienica.

I tak sobie myślę, że ten głos, to cichutkie wołanie o czas w fotelu był we mnie od dawna, jeszcze na długo przed ciążą. Dopiero teraz jest na tyle cicho, że go słyszę.

Natalia

rozmazana, odpoczywająca, sezon energetyczny jesień/zima

No posts

Read the original on ladnedobre.substack.com

Comments

Nothing yet. Say the first thing.

    Sign in to join the conversation.