O tym, czym jest polska moda, rozważamy bodaj od lat. Ci bardziej złośliwi swego czasu nazywali nią wszystko, co powstało z szarej dresówki. Inni dopatrywali się polskości w tekstyliach z nadrukiem orła białego: czy to literalnie, z rysem ściśle patriotycznym, czy z kontrolowanie trawioną lekkością w jasnoniebieskim odcieniu. Bywały i góralskie róże, i koronki z Koniakowa. Haftowane wyimki z tradycyjnego stroju żywieckiej mieszczki i krakowskie serdaki przedstawione graficznie na jedwabiu w luksusowym pomarańczowym pudełku. Mogłabym wymieniać w nieskończoność, a i tak nie zdefiniowałabym zjawiska do końca. Potrzebny był do tego sznyt muzealniczy.
Kto jednak konotuje muzeum ze skostniałym archiwum, ten będzie w pozytywnym szoku. Konotacje zresztą poniekąd zrozumiałe, jako że pod hasłem “moda polska” zazwyczaj kryły się właśnie archiwalia - i to najczęściej z głębokiego PRL-u. Jakkolwiek nie byłby to ważny okres, to przecież od kilku dekad mamy już zupełnie inny. Nowy, świeży, pełen alternatyw i przede wszystkim nieskończonych możliwości. Moda sprzed transformacji bowiem głównie zmagała się z brakiem i ten brak bywa w dzisiejszej perspektywie dojmujący. Już nie raz oglądaliśmy genialne projekty, które nie mogły powstać w pełni, bo nie było czy to odpowiednich materiałów, czy barwników, czy wreszcie satysfakcjonujących warunków produkcji. Dobra mina do złej gry. I na nic tu romantyzowanie przeszłości, bo niestety sama zbyt dobrze rzeczony brak oraz kompleks Zachodu pamiętam.
Pamiętam jednak też coś pozytywnego. Tę zmianę, która z początkiem lat dziewięćdziesiątych zaczęła następować. A potem kolejną zmianę, gdy pojawiły się takie nazwiska jak Gosia Baczyńska, Arkadiusz Weremczuk (Arkadius), Marcin Paprocki i Mariusz Brzozowski, Joanna Klimas, Dorota Seda, Ilona Majer, Rafał Michalak, Małgorzata Czudak (początki MMC), Tomasz Ossoliński, chwilę później Ania Kuczyńska, Justyna Chrabelska, Małgorzata Sobiczewska, Anna Poniewierska, a jeszcze chwilę później cała plejada gwiazd (nieironiczne określenie) Łódzkiego Tygodnia Mody: Michał Szulc, Grzegorz Matląg (Maldoror), Monika Kędziora i Bartek Korzeniowski (Acephala), Pat Guzik, W.P. Onak (Polygon), Agata Wojtkiewicz, Piotr Drzał, Mariusz Przybylski, Łucja Wojtala, Berenika Czarnota, Łukasz Jemioł… I jeszcze chwilę później światowe fenomeny: Magda Butrym, Zofia Chylak, MISBHV, Undress Code… Rozwój był ogromny, różnorodność propozycji - oszałamiająca.
I wtedy też, na początku drugiej dekady XXI w. pewien człowiek postanowił usystematyzować to, co wydarzyło się w minionych latach i zebrał najważniejsze wątki pod hasłem “Nowa moda polska”. Człowiek nazywał się Marcin Różyc i wydał książkę, w której całość uporządkował. Niewielkie wydawnictwo z czerwoną okładką, której powierzchnię zajmuje głównie wieka litera M, dziś praktycznie nie do kupienia (choć możecie próbować na Vinted, bo czasem się pojawia), rok w rok nabiera coraz większej wartości. Rozdziały poświęcone markom, rozmowy z projektantami, dużo zdjęć - wtedy coś, co nas otaczało, więc kto by w stu procentach docenił? A dziś prawdziwy skarb, tym większy, że poniekąd dał początek wystawie, o której dziś co nieco Wam napiszę.
“Nowa moda polska. Kronika głębokich uczuć”. Tak się wystawa nazywa, nieprzypadkowo nawiązując do tytułu książki. Jej kuratorem jest Marcin Różyc i od minionej soboty można ją oglądać w Centralnym Muzeum Włókiennictwa w Łodzi. Powstała prawie wyłącznie z dotychczasowych zbiorów muzeum, które zapoczątkowała Aneta Dalbiak, od 2016 dyrektorka CMWŁ. Jak sama wspomniała w rozmowie, którą przeprowadziłam z nią w przededniu wystawy, pisząc artykuł dla Vogue Polska, nie byłoby tej kolekcji, gdyby nie spotkała na swojej drodze Marcina. Co ciekawe i wzruszające, dokładnie to samo powiedział Marcin. I tak od 2019 roku kompletują polskie projekty powstałe po transformacji, a przede wszystkim te z nowego millenium. I to one stały się osią ekspozycji, wraz z motywem przewodnim, który je wszystkie łączy, czyli tytułowymi głębokimi uczuciami. Aby nie dublować przekazu, zachęcam Was do przeczytania mojego tekstu na stronie Vogue, który powstał przed, by tu zająć się tym wszystkim, co poczułam po.
A od samego wejścia było poruszająco. Ze względów obiektywnych - bo to niezwykle ważna wystawa, przedstawiająca nową polską modę jako różnorodną, zniuansowana i śmiałą. Oraz subiektywnych - bo zobaczyłam zbiór tego, na czym skupiam się od dwudziestu lat na blogu, a od trzydziestu kilku w ogóle, wertując najpierw polskie magazyny mody, a następnie baaardzo powoli rozkręcający się internet. Przypomniały się projekty sprzed kilku lub kilkunastu lat, oglądane na wybiegach kolekcje, a także historie osobiste, generujące tytułowe głębokie uczucia. To kronika, naprawdę kronika. Bo jest Ania Kuczyńska, do której w 2005 roku dzwoniłam pod numer znaleziony na końcu magazynu Viva Moda, by zamówić u niej niebieską sukienkę z kolekcji Trinacria na swój ślub. I UEG, dzieło przedwcześnie zmarłego Michała Łojewskiego, wraz z kurtką z tyveku, którą miałam przyjemność oglądać premierowo w 2002 czy w 2003 roku. Takie to było wtedy dziwne, wiedziałam tylko, że Japończycy ten projekt z miejsca pokochali. Albo duet Marios - na wystawie we wspólnych pracach z Karolem Radziszewskim. W mojej pamięci to wystrzałowe ciuchy w nieistniejącym od dawna koncepcie Fashion By w podwórku na warszawskiej Brackiej i projekty zawsze o krok do przodu, awangardowe i wdzięczne w noszeniu równocześnie.
Sporo też marek, które pojawiał się na blogu jeszcze przed czasem Instagrama, a w każdym razie przed czasem przechyłu w stronę mediów społecznościowych. Kasia Kucharska, którą odwiedziłam lata temu w Berlinie, jeszcze gdy projektowała architektonicznie ujęte koszule, podczas gdy dziś zachwyca autorskimi, nowoczesnymi lateksowymi ażurami. Vanity Nap, niegdyś skupiające się na jakościowej drzemce, oferując jedwabne szlafroki i piżamy, a dziś ubierające Madonnę. Zofia Chylak czy Le Petit Trou, które miały miejsce na blogu od pierwszej kolekcji, a które dziś generują niekończące się listy oczekujących, nie tylko polskojęzyczne. Albo MISBHV - kto pamięta bluzy z napisem “Team Paris”? To były pierwsze virale, jeszcze zanim to słowo na dobre zagościło w języku mody. Acephala - jakże się cieszyłam, że mimo proimprezowej formy porannej wybrałam się na ich pokaz w strefie OFF podczas tygodnia mody w Łodzi w 2014 roku. I Vanda Novak, którą pamiętam jeszcze z czasów jej innej marki, Nunc, dostępnej w nieistniejącym już butiku Laura przy Koszykowej w Warszawie (z czasów, gdy na Koszykowej działo się niewiele, acz funkcjonował tam concept store Roberta Serka, a nieco wcześniej - guerilla store Comme des Garcons!). Albo Magda Butrym, o której zaczęto pisać w Polsce dopiero przy okazji Kim Kardashian, która pokazała się w spódnicy jej projektu. I tak dalej, i tak dalej.
A potem coś, co można roboczo określić mianem nowej ery, choć nie sposób wskazać jej początku, czyli kolejna fala “młodych polskich projektantów” (pamiętacie, gdy to określenie było absurdalnie nadużywane?). Jak stwierdził Marcin Różyc w naszej rozmowiem obecnie rynek mody w Polsce jest znacznie bardziej sprofesjonalizowany. “Pamiętasz, jak zaczynaliśmy, to ciągle były problemy albo z produkcją, albo z kupnem materiału. Jestem zaskoczony bogactwem polskiej sceny mody. Kiedyś znaliśmy praktycznie wszystkie polskie marki, a teraz to w zasadzie niemożliwe. Polki i Polacy chcą kupować modę. Moda rozwija się w Polsce w nieprawdopodobnie szybkim tempie” - wspominał. Pośród rzeczonego bogactwa mamy Jana F. Chodorowicza z niekończącymi się i fascynującymi wariacjami na temat odzieży roboczej. Albo Rad Duet i dowód na to, że polską przeszłość, w tym ludowość, można zinterpretować w nowatorski sposób. Albo Jacek Gleba, który niedawno zaprezentował swoją kolekcję zainspirowaną postacią Wacława Niżyńskiego w Londynie, w ramach Fashion East. I jeszcze silną reprezentację twórców biżuterii, niesztampowej, wytyczającej nowe ścieżki, niepodążającej utartymi: min. Orska, Stettin, Tomasz Wichrowski.
Poruszające. Bo były godziny spotkań, rozmów, prezentacji, godziny przeglądania zdjęć i wrzucania ich na blogowy serwer. Na samym blogu mam już ponad dwa tysiące sto tekstów, w jakichś 85% poświęconych właśnie nowej polskiej modzie, więc z godzin z pewnością ułożyłoby się już kilkadziesiąt dni, a może nawet kilkaset? Kawał życia, reasumując. I ten kawał w ostatni piątek zobaczyłam na własne oczy w wysublimowanej formie.
Aneta Dalbiak i Marcin Różyc dokonali rzeczy niezwykłej: uchwycili nieuchwytne. Serwują wielowątkową opowieść i podsumowują coś, co zwykle potrzebuje znacznie więcej dystansu czasowego, by dać się spuentować. Jestem pewna, że każdy odbierze tę wystawę inaczej, na swój sposób, ze swoimi prywatnymi emocjami. Nie znajdziecie tu wprawdzie wszystkich wymienionych dziś nazwisk, ale kolekcja nie jest zamknięta. Ona wciąż będzie się powiększać, więc niewykluczone, że w przyszłości obejrzymy w CMWŁ nową polską modę ujętą w inne ramy. Na razie czeka na Was “Kronika głębokich uczuć” i będzie czekać do maja 2027 roku. Nie radzę jednak zbytnio odkładać na później, szkoda odkładać te wrażenia.
Szczegóły wystawy znajdziecie na stronie Centralnego Muzeum Włókiennictwa w Łodzi. Podpowiem, że warto dowiadywać się o oprowadzanie kuratorskie z Marcinem Różycem.
No posts

Comments
Nothing yet. Say the first thing.
Sign in to join the conversation.