Na początku czerwca świat obeszła wiadomość, że wolna agentura obuwnicza Stepha Curry’ego dobiegła końca. Związał się on dziesięcioletnim kontraktem z marką Li-Ning. Klasycznie mamy komentarze prezentujące skrajne poglądy, ale dziś nie będzie tylko o tym.
Pozostając jeszcze chwilę przy Stephie - nie dziwi mnie ten ruch. Przecież nieco ponad dziesięć lat temu taki sam kierunek obrał Dwayne Wade i wtedy podobnie część osób pukała się w czoło, że co on robi?!? Tutaj niczym jak zdarta płyta można powtarzać, dlaczego sportowcy podpisują kontrakty z chińskimi markami - i nie chodzi tutaj tylko o pieniądze. Curry dołączając do Li-Ning staje się partnerem, a nie kolejnym graczem w teamie. Ta współpraca będzie trwać także po odwieszeniu przez niego butów na kołek. On tam nie jest tylko twarzą, a osobą mającą wpływ na produkt, otrzymującą platformę do działań, możliwość budowania własnego teamu. Ma znacząco większe możliwości do działania, niż to co mogły mu zaoferować zachodnie marki. A tak w ogóle - trafiłem na informację, że w Chinach w koszykówkę gra 11% ludności, czyli około 150 milionów osób… czyli tak trochę jak 20% Europy grało w kosza.
Dobra, teraz chciałbym się pochylić bardziej ogólnikowo nad chińskimi markami, które w oczach części osób to ciągle są „chińskie trampki”. Może to wynikać z poglądu, że ktoś w dalszym ciągu uważa, że Chiny to jedno wielkie pole i wieś, praca za przysłowiową miskę ryżu, gdzie w ogóle nie jest brany pod uwagę postęp, jaki ten kraj zrobił (a zdjęcia z Shanghaju bierze za zachodnie miasto). Tutaj nie chodzi o gloryfikację Chin - ale przestał to być kraj, który ma tylko tanią siłą roboczą, a pod względem technologicznym nie ustępuje Zachodowi. Na przykładzie marek sportowych - na przestrzeni lat powstało ileś lokalnych brandów, które nie są tymi „chińskimi trampkami” a markami z produktem na tym samym poziomie co Zachód. Zresztą ich rozrost spowodował, że Nike czy inne marki zaczęły tracić udział w tamtejszym rynku, który przed laty był dla nich bardzo dochodowy. Ludzie lubią marudzić, że tego nie idzie nigdzie kupić - jest w tym tyle racji, że tamtejsze marki nie muszą usilnie podbijać zachodu w momencie, gdy mają bardzo duży rynek lokalny. No i nie muszą mierzyć się z betonem, który z góry zakłada, że ich produkt jest gorszy.
Mógłbym jeszcze tutaj przytaczać, jak to marki jak Li-Ning, Anta czy 361’ przedarły się do koszykarskiego światka, gdzie nie tylko podpisały kontrakty ze znaczącymi graczami z NBA, ale zaczęły oferować produkt, który w niejednym przypadku jest bardziej ceniony. Tutaj wystarczy trochę zagłębić się w lekturę na Reddit’cie czy powertować recenzje na innych platformach, ale chciałem przytoczyć trochę własnych doświadczeń. Jako że aktualnie moją główną aktywnością jest bieganie - któremu poświęcam zdecydowanie niemało czasu - to przy moim lubowaniu się w butach prędzej czy później było wiadome, że będę chciał sprawdzać, jak sprawują się różne modele. W zeszłym sezonie letnim z czystej ciekawości zacząłem zgłębiać temat biegówek od chińskich producentów - czy to gra warta świeczki, a może coś sobie zamówię na przetestowanie… Powiem tak - jakby ktoś dziesięć lat temu mi powiedział, że będę zamawiał buty performance’owe z Aliexpress i co więcej, będę z nich naprawdę zadowolony - cóż, wybuchłbym tej osobie śmiechem w twarz. Ale jak to się mówi, jedyną stałą jest zmiana i faktycznie zacząłem zamawiać przez ten portal buty chińskich producentów. Najwięcej par mam od Li-Ning, ale w swoich zbiorach mam także coś z Xtep, Do-Win, czekam na paczkę z parą od Anty. Czemu najwięcej Li-Ningów? Podyktowane jest to przez wypadkową ceny, designu i performance’u. Tak, but musi mi się względnie podobać, muszę się z nim lubić podczas biegania, a że nie ma kosztować majątku to dość oczywiste. Na chwilę obecną trudno jest mi znaleźć coś lepszego w stosunku ceny do jakości - bo nie mówię, że to są najlepsze buty (choć są modele, które zyskały sporą rzeszę fanów). Ale w cenie jaką za nie płacę, trudno znaleźć coś lepszego, a jako amator biegania, który rzecz jasna sam musi sobie wszystko kupować - nie jestem fanem płacenia cen katalogowych za produkty, które są w intensywnym użyciu i dość regularnie trzeba kupować kolejne. Bazowanie, że uda się ustrzelić coś na dużej wyprzedaży albo w outlecie bywa zgubne.
Przez ostatnie pół roku w światku biegowym zagadnienie chińskich producentów stało się swoistym gorącym tematem. Zaczęło się pojawiać znacząco więcej materiałów, recenzji - gdzie teraz o sporej części modeli można już coś przeczytać/posłuchać, co nie było takie oczywiste rok temu. Wiadomo, zachodnie marki się lepiej klikają, mają lepsze agencje PR rozsyłające buty do testów - ale ludzie i tak z czystej ciekawości zaczęli testować modele od wschodnich producentów. Trochę jak efekt kuli śnieżnej - z miesiąca na miesiąc coraz więcej się o nich mówiło, a ludzie zaczęli dostrzegać - ej, tamtejsze marki robią faktycznie udane buty!
Niewątpliwie minusem jest fakt, że trzeba wszystko zamawiać online, mieć nadzieję że rozmiar będzie pasował, bo ewentualne zwroty mogą być dość kłopotliwe. To jest fakt, który zapewne może powstrzymywać część osób przed zamówieniem czegoś dla siebie. Ja zawsze miałem ten komfort, że moje stopy należą do tych „standardowych” - naprawdę rzadko miewam sytuacje, że coś mi nie leży, że w żaden rozmiar nie mogę się wpasować. Zresztą zapewne podobnie kłopotliwa może być kwestia związana z gwarancją. Te kwestie niewątpliwie trudno jest przeskoczyć.
Czy gdybym na sklepowej półce miał do wyboru w tej samej cenie buty marek zachodnich i wschodnich - to czy ciągle tak gloryfikowałbym chińskie marki? Cóż, najłatwiej odpowiedzieć na to „to zależy”, bo nie uważam, że odpowiedź jest na tyle prosta. To, że chwyciłem za buty wschodnich producentów, jest w założeniu podyktowane tym, że mogę nabyć je taniej. Po przebiegu 500km mogę sobie kręcić nosem, że może czas na nowe, a nie że trzeba dobić do tych 750km, bo wydało się na nie tyle kasy i teraz muszą się „zwrócić”. Niemniej dla przykładu - model Feidian 5 Challenger od Li-Ning jest butem treningowo-startowym, który w swojej kategorii według mnie oferuje lepsze walory niż zachodnie odpowiedniki. Pewnie trudno byłoby mi go kupić „w ciemno”, ale wiedząc jak się w nim biega - mając do wyboru modele zachodnie - zapewne bym i tak go wybrał. Choć nie będę także ukrywał - design/marka nie jest mi obojętna. Oczywiście że patrząc na buta preferuję, aby było tam logo z trzema paskami, mówię to otwarcie. Dlatego też nie sprawdzam, jak się biega w każdej marce ze wschodu, bo pomimo że o części modeli słyszy się bardzo dobre opinie - najnormalniej za nic mi się nie podobają już na poziomie samego logo albo ogólnej prezencji buta. Dla części osób jest to zupełnie bez znaczenia, ja lubię czuć się dobrze w tym co mam na sobie na poziomie jak to się prezentuje.
Cóż, fascynacji chińskimi markami obuwniczymi nie miałem w swoim bingo na ten rok. Choć jest to bardziej globalna fala zyskiwania na popularności i jestem ciekaw, jak w dłuższej perspektywie będzie się zachowywał rynek. Tak jak przed tygodniem pisałem o Evo SL, które stały się swoistym standardem do którego się odnosi, tak chińskie marki wprowadzają większą konkurencyjność, na której korzystamy my, klienci. Oczywiście nie przewiduje, że nagle będę widywał je w takiej samej ilości jak zachodnie modele, ale powoli przestają one być totalną egzotyką. Plus używanie wobec ich określenia „chiński trampek” jest totalnie niewspółmierne i obraźliwe.
No posts

Comments
Nothing yet. Say the first thing.
Sign in to join the conversation.