RSS Amplifier

Ela Wiater · Jun 24, 2026

Rumakowanie się skończyło

0
Sign in to vote or save

Ela Wiater · Ela Wiater

Na dobry początek jeszcze jedna rzeźba Stanisława Cukra. A dziś kolejna opowieść o wędrowaniu właśnie, szukaniu, gubieniu i znajdowaniu. Chyba św. Antoni jakoś szczególnie mi tym razem towarzyszy…

Po burzowym poniedziałku nadszedł słoneczny wtorek, nieco nawet przypiekający. Plany miałam niezbyt ambitne, bo Morskie Oko, ale uznałam, że pójdę przez Rusinową, żeby ominąć pierwsze pół godziny asfaltu. Intuicja nieśmiało przebąkiwała, że to nie najlepszy pomysł. Zresztą dróżka do Drogi Oswalda Balzera już mi pokazała, że ciepło ciepłem, ale mój organizm wolałby spokojniejszy wariant. A sytuacja do jego wyboru była idealna, bo wciąż trwa remont nawierzchni na wspomnianej drodze i obowiązywał ruch wahadłowy. To zaś oznaczało, że nie było nawet trzeba zatrzymywać busa do Palenicy, bo i tak stał, czekając na swoją kolej. Był nawet niewielki tłumek czekających na okazję.

Minęłam ich i podziwiając walc walców na świeżutkim asfalcie, poszłam z buta. Przy kaplicy tylko się przeżegnałam, przystanek planowałam na Rusince, bo chciałam kupić jeszcze jednego dużego oscypka. Tam jak zwykle przyjemnie przewiewało. Minęłam pasące się stado: śliczne owieczki, tłuściutkie a runo tak zdrowe i lśniące, że prawie odblaskowe. Na oznakowaniu szlaku dojrzałam smoka, najwyraźniej zgubionego. W bacówce nikogo nie było, więc dla samej frajdy dzwonienia zadzwoniłam wiszącym tam w okienku dzwonkiem.

Przysiadłam się do starszej pani, wybitnie rozmownej, co pozwoliło mi dość szybko zjeść, wypić i ruszyć stronę Polany pod Wołoszynem, szczególnie że oprócz męża tej pani wkrótce dosiadł się też dość dziwny facet. Może Bogu ducha winny, ale we mnie jakoś nie wzbudził zaufania.

Szlak, którym poszłam, prowadzi w większości lasem, więc chłodno. Po poniedziałkowej zlewie wciąż stała na nim woda, co przy narastającym ciepełku dawało przyjemne orzeźwienie. Postanowiłam nadrobić czasowo, przyśpieszając na zejściach, i to był kolejny kiepski pomysł tego dnia, ale póki się sprawdzał. Las pięknie pachniał: nagrzanym poszyciem, żywicą i kwitnącymi roślinami. Zaczynają właśnie kwitnąć storczyki, w Dolinie Filipka oczywiście mnóstwo Kukułek Fuksa, ale są też Storczyki Męskie. A przy kaplicy na Wiktorówkach zakwitły konwalijki dwulistne - o wiele delikatniejsze kuzynki tych ogrodowych, równie trujące.

Wejście na asfalt dawało odczucie wejścia na patelnię, ale taką grzaną od góry. Nad Wodogrzmoty dotarłam około 12.00 i po uzupełnieniu płynów ruszyłam dalej. Jakieś długi ten szlak mi się zaczął wydawać, coraz ciężej mi się szło. Po drodze mnóstwo języków i narodowości, internet rzeczywiście sprawił, że Moko stało się chyba najbardziej znanym polskim jeziorem. Pogodziłam się wewnętrznie, że przy schronisku będzie tłok, ale też coraz bardziej narastało we mnie poczucie, że mogę tam nie dotrzeć. Dałam sobie czas do pierwszego “skrótu”, czyli wejścia z asfaltu na szlak.

Tam zrzuciłam plecak na ławę, po czym moim oczom ukazała się leżąca na stół ewidentnie damska obrączka ślubna. Widocznie ktoś korzystał z toalety, zjął potem przy myciu rąk i zapomniał założyć. Obejrzałam w środku, ale nie było żadnych grawerów. Po raz pierwszy pożałowałam skasowania konta na feju, bo straciłam dostęp do grup tatrzańskich, które tam są. Wrzuciłabym info, to może właścicielka by się znalazła. Stanęłam z telefonem w reku, kombinując, co by zrobić. Napisałam do znajomego, który chodzi po górach i na tych grupach jest, z prośbą o wrzucenie posta.

Na przechodzącym obok mężczyźnie mignęła mi blacha przewodnicka, więc zapytałam go, co z tym fantem zrobić. Doradził zostawienie w schronisku, bo na dole kasy są tylko do 16.00, pomyślałam jednak, że nie będę zmuszać nikogo do marszu po raz drugi w górę i zostawię jednak w kasie. Przeszłam tylko pierwszy odcinek “skrótu”, weszłam na drugi i… zawróciłam. Po prostu przeliczyłam, ile mi zajmie droga, i wyszło mi na to, że jest duże ryzyko, że kasy będą zamknięte, kiedy będę schodzić, i zostanę z tą obrączką jak Himilsbach z angielskim. W bonusie za tę decyzję dostałam widok podlota orzechówki karmionego przez jednego z rodziców. Lubię te ptaśki, śmieszne są i cwane, jak wszystkie krukowate.

Pozostał więc tylko smętny, rozgrzany asfalt, na szczęście teraz pokonywany już w dół i pod wiatr. Lekki powiew świeżości wniósł też napis na plecaku pana przede mną:

Czyżby potwierdzenie prawdy, że największą mocą kobiety jest stojący przy niej silny mężczyzna? Państwo nieco niewyraźni, bo byli w ruchu.

Mniej więcej w okolicach Wodogrzmotów poczułam, że wcześniejsze zbieganie na szlaku nie było dobrym pomysłem. Bunt podniosły nie tyle kolana, co zgodnie oba śródstopia. Dobrnęłam jakoś do przystanku, obrączkę zostawiłam w kasie (pani kasjerka mnie pocieszyła, że ostatnio ktoś zostawił u niej znalezioną na szlaku bransoletkę, i właścicielka się po nią zgłosiła), a potem oddałam resztę w ręce św. Antoniego - nie znam lepszego fachowca w takich kwestiach. Wrzuciłam też info na X i na Instagrama, ale nie mam na tyle dużych zasięgów, żeby to miało jakiś szerszy oddźwięk.

W Małem Cichem uznałam, że zanim pójdę do pensjonatu, lepiej zrobić zakupy, bo jak usiądę, to jest ryzyko, że ciężko będzie wstać. Wracając z wypakowanym plecakiem, wpadłam na proboszcza na świecko… przeszukującego śmietnik. Oczywiście włączył mi się tryb dowcipkowania i zapytałam, czy u nich już tak ciężko, że na to mu przyszło. Okazało się, że zgubił klucze. Zasugerowałam, żeby zapytał Padewczyka, ale o. Artur wpadł na ten pomysł sam z siebie wcześniej - bez efektu. Na tym etapie wydarzeń się rozstaliśmy. Ciąg dalszy znam, bo podpytałam przed mszą, jak tam zguba. Otóż ojciec pojechał jeszcze raz do firmy, w której był, i tam też nic nie znalazł. Przyciśnięty okolicznościami (klucz był systemowy, a wymiana wszystkich zamków to konkretna kasa i jeszcze konkretniejszy kłopot) obiecał ubogim św. Antoniego grubszą kwotę, żeby tylko zguba się znalazła. Po czym otworzył dokumentację, z którą jeździł, i okazało się, że klucz właśnie w niej się zapodział.

Dzień zgub i znalezisk oraz moich niemądrych decyzji dobiegł końca. Ledwo chodzę po schodach i dziś nie było mowy o planowanej wyprawie na Wiktorówki na mszę. Pojechałam tylko zawieźć butelki do butelkomatu (swoją drogą fajna zabawka: wrzuca się butelki a na liczniku rośnie kwota), a przy okazji dowiedziałam się od pani z pobliskiego sklepu, która jest odpowiedzialna za techniczną obsługę tego cuda, że rekordziści potrafią zebrać plastiku i aluminium na pięćdziesiąt parę złotych. Już się nie dziwię, że z lasku przy skrócie nad Białuchą, którym chodzę na przystanek, zniknęły plastikowe butelki i puszki po piwie. Za cenne są.

W Zakopanem zajrzałam jeszcze do Cukierni Podwórko - krzak róży stulistnej przy wejściu dopiero zaczyna kwitnąć, a lody pyszne jak zawsze. I ten klimat cukierni z lat osiemdziesiątych, pachnących wanilią i kremem budyniowym! W ogródku niewielki tłumek w cieniu parasoli i krzewów, najwyraźniej nie jestem jedyną fanką tego miejsca.

Bezproblemowo wróciłam do MC, pogoda cudowna: ciepło, słonecznie, nad górami nieco zachmurzenia, tak w sam raz. Cóż z tego, skoro moje stopy są zdecydowanie przeciwne szerszej aktywności? Dobrze, że mam fajny widok z okna. Póki co rumakowanie się skończyło.

No posts

Read the original on boskichart.substack.com

Comments

Nothing yet. Say the first thing.

    Sign in to join the conversation.