Jak już ustaliliśmy w ostatnim wydaniu Radia REWERS, jestem po drugiej stronie spektrum od mojego redakcyjnego kolegi, Łukasza-minimalisty.
Ja akurat mam duszę kolekcjonera - czy tam zbieracza - i nawet nie próbuję liczyć rzeczy, które mam w szafie, bo wiem, że “za dużo”. “Za dużo”, jeśli mierzyć by tylko miarą rzeczy potrzebnych do życia (nie mówiąc już o kapsułowych garderobach). Ale nie na tyle dużo, by gubić się w tym, zapominać, co mam, bądź tonąć w ciuchach1.
Ubrania to moje hobby - ergo, mają dawać mi przyjemność. A jeśli w pewnych przypadkach kupę frajdy mam nie z noszenia2, a już samego posiadania danej rzeczy - lub aktu jej zdobycia - I’m in!
W spontaniczny, nieraz dziwny sposób, wszedłem w posiadanie wielu intrygujących przedmiotów, które nie należą ani do wyborów oczywistych, ani uniwersalnych, ani rozsądnych. Za to cieszą moje oko i świadomość. Nawet, jeśli sięgam po nie ledwie 1-2-3-5 razy w roku - tyle wystarczy.
Czyli pewnie nie mógłbym mieć ich w szafie jako minimalista.
Na szczęście to nie mój problem, więc zapraszam Was na wycieczkę śladem ciuchowych osobliwości Mateusza: subiektywna selekcja 10 + 2, najdziwniejsze, najrzadsze i najmniej potrzebne rzeczy, zbierane przez lata.
Jak trafiła w moje ręce?
W szczycie mojej fazy na francuski workwear - która nieco się unormowała, tj. nadal bardzo mi się podobają te rzeczy, ale już nie szukam ich obsesyjnie - postanowiłem znaleźć kurtkę w idealnym odcieniu niebieskiego, z bawełny HBT lub moleskinu (byle nie zwykłego twillu!), ale brakowało mi cierpliwości i postanowiłem zakończyć sprawę szybko.
Co w tej rzeczy nietypowego?
Wymiary i dopasowanie! “Ludzie mieli kiedyś dziwne proporcje” - to zdanie ciśnie się nieraz na usta, gdy ogląda się te naprawdę stare rzeczy, a ta kurtka jest doskonałym przykładem. Uszyto ją prawdopodobnie na kogoś mojego wzrostu, za to 1,5x szerszego - dlatego jest jedną z najdziwniej leżących rzeczy w mojej szafie.
Co sprawia, że nie byłby to dobry/oczywisty zakup?
Nigdy nie nacisnąłbym “kup teraz”, gdybym poprosił sprzedającego o dokładne wymiary. Ale nie zrobiłem tego - znałem chyba tylko długość rękawa i pomyślałem, że jakoś to będzie - i całe szczęście, bo straciłbym szansę na coś fajnego.
Na tym przykładzie za to nauczyłem się, że oversize też jest dla mnie ok, o ile przypilnuje się wszystkich długości - wtedy to wygląda na celowo luźne ubranie, a nie takie po starszym bracie. I w przypadku takiej kurtki wygląda lepiej, niż standardowe dopasowanie - ten luz często gdzieś ginie.
Jak trafił w moje ręce?
Nieco ponad roku temu stwierdziłem, że jeśli nadal chcę nosić Jungle Jacketa, wypadałoby znaleźć takiego o rozmiar większego - no i trafił się taki kontraktowy Small Regular w dobrej cenie, co prawda w średnim stanie, ale co tam… I chyba właśnie przez ten stan, mimo deklaracji (i chwilowej próby sprzedaży tego nowego), w mojej szafie zostały oba. “Ładny” mniejszy i “brzydki” większy.
Co w tej rzeczy nietypowego?
Coś trzeba było z tym fantem zrobić, więc w przypływie fantazji postanowiłem wszystkie ślady po odprutych naszywkach przykryć sashiko. Świetna zabawa (bardzo wycisza, polecam); efekt ciekawy, kurtka jest bardziej “moja”. I nie wygląda jak typowy JJ, jest w niej coś więcej.
Co sprawia, że nie byłby to dobry zakup?
Ale nadal - od strony praktycznej nikt nie potrzebuje do szczęścia dwóch bardzo podobnych rzeczy, bo choć wizualnie nieco inne, to w zastosowaniu identyczne. Tyle tylko, że z żadną nie umiałbym się rozstać, bo jedna jest w stanie mint, a druga jest absolutnie “moja”!
Jak trafiły w moje ręce?
Ha, to jest dobra historia. Szukałem na Allegro militarnych spodni - ze szczególnym nastawieniem na US Army Chino - a tu w jednym z demobili trafiła się taka oto dziwna para, podpisana jako spodnie oficerskie. “Dziwne”, pomyślałem, ale kliknąłem “kup teraz”, bo wyglądały ciekawie. Oczywiście nie są to spodnie wojskowe, a w 100% cywilne, ale prawdziwie stare i piękne - i do odważnie klikających przycisk zakupu świat należy, bo gdyby nie to, to pewnie nigdy nie dostałbym w Polsce, i to w śmiesznych pieniądzach, TAKICH spodni.
Co w tej rzeczy nietypowego?
To była pierwsza para tak szerokich spodni w mojej szafie i nadal jedyna para z tzw. hollywood waist - czyli bez odciętego paska, z nogawką poprowadzoną do samej góry, z opuszczonymi szlufkami.
Co sprawia, że nie byłby to dobry zakup?
Moja relacja z tym fasonem jest trudna, tzn. są dni, kiedy absolutnie go kocham, i dni, w które uważam go za przereklamowany i udziwniony na siłę. Rzadko noszę te spodnie, ale jak już po nie sięgam, to one robią całą robotę w zestawie - i cieszę się, że są jedynymi takimi w mojej szafie.
Natmomiast trudno byłoby tę parę nosić regularnie, bo jednak ma 70 lat (co widać), kilka słabych punktów (tylne szlufki zaraz się przetrą), a skład pozostaje tajemnicą (albo tu jest spory dodatek jedwabiu, albo jakiegoś syntetyku - na pewno nie jest to czysta wełna). Zakup quasi-kolekcjonerski.
Jak trafiły w moje ręce?
Od zawsze lubiłem białe spodnie; od lat nie miałem dobrej pary, bo z poprzednich wyrosłem i/lub uznałem, że nie leżą tak, jakbym chciał. Nie miałem żadnej konkretnej na oku i nie szukałem aktywnie, ale skoro akurat taka w moim rozmiarze i z tak spektakularną nogawką trafiła mi się podczas wakacyjnych rundek po vintage shopach na Tajwanie…
Co w tej rzeczy nietypowego?
Słyszeliście kiedyś o “prostej nogawce”? No to tu jest dosłownie prosta, bo ma taką samą szerokość w udzie, co na dole, przez co jej linia jest majestatyczna, a spodnie sprawiają wrażenie dzwonów (choć technicznie nimi nie są). A o “wysokim stanie”? Tak? To dobrze, bo te mają 35 cm (w małym rozmiarze).
Co sprawia, że nie byłby to dobry zakup?
Nikt nie uważa białych spodni za praktyczne - a tym bardziej 70-letniej pary, której czasem po prostu szkoda. Żeby je nosić z czystym sumieniem, w sumie wypada mieć inne białe spodnie, na zmianę.
A do tego należy im się honorowa nagroda za najmniej praktyczne kieszenie ever - mają dwie malutkie przednie, wszyte pod pas jak bilonówki w chino. I to koniec. Weźmiesz może klucze, ale ani telefonu, ani portfela.
Jak trafiła w moje ręce?
Kwintesencja podejścia “nie powinienem tego robić ale […]” - zobaczyłem pewnego dnia taką na Vinted, wysłałem Maćkowi Gajdurowi, że w sam raz dla niego; odpisał, że to bardziej w moim rozmiarze. Miał rację. Pośmiałem się, hehe, a już 2-3 dni później w przypływie ułańskiej fantazji podjąłem decyzję. Było w tej koszuli coś kuszącego, a powiedzmy, że nie za często takie się trafiają.
Co w tej rzeczy nietypowego?
Wydaje mi się, że zdjęcie mówi samo przez się - może i jest to czarna koszula, za to z dużą ilością zdobień. Tu haft, tu ozdobne lamówki, tu “uśmiechnięte” kieszenie - a do tego wielki kołnierzyk w stylu lat 70. Całość zrobiona z triacetatu, czyli oldskulowego sztucznego jedwabiu. A żeby się błyszczało, najaaaaak.
Co sprawia, że nie byłby to dobry zakup?
To jedna z ostatnich pozycji na liście “koszule, jakie warto mieć w swojej szafie” - albo i ostatnia. Znacie moje podejście do koszul winchester… a i takowa plasowałaby się wyżej w rankingu.
Ale szczerze mówiąc, nie żałuję - to świetna koszula świąteczna, kiedy grono/okazja nie sprzyja konserwatywnemu ubiorowi, a ty chcesz pół żartem, pół serio, pokazać, że się wystroiłeś. Na te dwie-trzy okazje w roku masz idealną koszulę, ze wszystkimi ozdobami już w pakiecie.
Jak trafiła w moje ręce?
To historia zauroczenia tkaniną - na targach Milano Unica, oprócz dziesiątek pozycji wybranych w ramach preselekcji do Poszetki, trafiłem na kilka, które nijak nie pasowały do oferty, za to (wydawało mi się, że) do mojej szafy już tak. U znajomych Japończyków patrzyły na mnie karty z próbkami miksów bawełny i jedwabiu, o różnych splotach i różnych gramaturach… w tym bardzo kuszący czarny chambray (bodajże 85/15?) i czarny denim (65/35, sporo jedwabiu). Wykosztowałem się na dwa kupony koszulowe w ramach sampli, bo nigdzie indziej nie trafiłbym na takie koszulówki.
Co w tej rzeczy nietypowego?
No właśnie… koszulówki? Na papierze, według gramatury i splotu, raczej tak - choć w dotyku były raczej sztywniejsze, przez dodatek jedwabiu. I bardziej połyskliwe, choć dołączone próbki spierania przekonywały, że oba efekty zejdą z czasem (lub potraktowaniem enzymem na start).
No i tak: po uszyciu i pierwszym praniu z chambrayem (z którego mam workshirta) dokładnie to się stało, a ja już miałem cudną w dotyku i miękką koszulę. Za to z denimem, z którego uszyłem takiego o to westernera… nie stało się praktycznie nic, więc koszula nadal jest sztywna, nadal się błyszczy i nadal sprawia wrażenie lekkiej zbroi, bo 30% dodatku wystarczy, żeby totalnie zmienić charakter tkaniny.
Co sprawia, że nie byłby to dobry zakup?
Realnie patrząc, to nie “koszula”, a “koszula wierzchnia”, jeśli już. A jednocześnie nie ma ona charakteru casualowego overshirta, bo wygląd sugeruje raczej coś quasi-eleganckiego. Nosi się to przyjemnie, ale dziwnie. I nie wiem, co lepszego by można zrobić z tej tkaniny, bo to ona jest po prostu aż tak specyficzna.
Wyszło z tego dziwaczne combo, ale jednocześnie rzecz jedyna w swoim rodzaju!
Jak trafił w moje ręce?
O tej rzeczy do dzisiaj nie słyszeli nawet moi redakcyjni koledzy, bo się jeszcze nie chwaliłem. Na Instagramie też nie. Ba, garnitur czeka jeszcze na przyszycie guzików, bo debatuję sam ze sobą na temat ich ostatecznej pozycji.
Pamiętacie jeszcze temat Biuletynu: “Pierwszy kontakt”? Napisałem:
niepocieszony poprzysięgłem sobie, że kiedyś kupię/uszyję garnitur ze 100% jedwabiu (tak powiedziałem!) w pastelowym kolorze, żeby spełnić marzenie
i dosłownie kilka dni później Paweł Kupras (pozdrowienia!) powiedział mi, że słuchaj, jest taka tkanina, i ona jest dla nas w dobrej cenie, i czy może byś nie chciał…
Chciałem.
Co w tej rzeczy nietypowego?
No dobra, może i nie jest pastelowy jak te z Miami Vice - kolor to taki specyficzny antracyt/sprana czerń - ale come on, JEST JEDWABNY.
Ile razy w życiu widzieliście tkaninę garniturową o takim składzie? No właśnie. I gwarantuję, że na skórze jest dokładnie tak przyjemna, jak myślicie.
Co sprawia, że nie byłby to dobry zakup?
Podobno dzięki unikalnemu procesowi wykończenia (pranie, kurczenie, suszenie, coś tam) ta tkanina lepiej znosi wodę i inne dziwne sytuacje, na które jedwab jest szczególnie wrażliwy, ale nadal obstawiam, że nie jest to najbardziej wytrzymała rzecz. Na całe szczęście nie muszę chodzić w garniturze na co dzień (ani nie jest on moim jedynym), więc nie planuję testować jego granic wytrzymałości. Bo pewnie gdyby spojrzeć na temat obiektywnie i szukać optymalizacji, lepiej byłoby kupić sobie zwykły, ciemnoszary garnitur z wełny czesankowej czy tropiku (albo i dwa).
Jak trafiła w moje ręce?
To druga, po białych spodniach US Navy, historia urlopowego vintage zauroczenia. Jest rok 2023, ja jestem po raz drugi w życiu w Azji - i trafiam do sklepu o wiele mówiącej nazwie Take Ivy, który specjalizuje się w rzeczach w stylu Ivy z drugiej ręki. Łapię szybko język (mimo ograniczonych możliwości komunikacji) z ekipą, mierzę prawie wszystko w moim rozmiarze… i wychodzę tylko z parą szortów z seersuckera. Za to marynarka, w której zrobiłem sobie zdjęcie, chodzi za mną do końca wyjazdu - aż dosłownie ostatniego dnia nie wróciłem po nią.
Co w tej rzeczy nietypowego?
Wbrew pozorom, ten zakup miał nawet pewien logiczny sens - do dzisiaj w mojej szafie jest ogromna dysproporcja pomiędzy marynarkami zimowymi a letnimi; z tych drugich (nie licząc garniturów) mam realnie tylko lekki blezer, ten dziwny wynalazek i właśnie tę bawełnianą marynarkę w kratę Madras.
I to patchworkową, jakby kraty było mało.
Co sprawia, że nie byłby to dobry zakup?
Chronologicznie rzecz biorąc, to ta przyszła jako druga - po blezerze. I wiecie, niby to klasyka stylu Ivy, ale czy ktoś naprawdę poleciłby coś takiego jako TOP 2 letnich marynarek?
Dla mnie spoko - o tyle, że latem noszę marynarki stricte dla zabawy. Albo na Pitti. Czyli też dla zabawy, ale towarzyskiej.
Jak trafiły w moje ręce?
Potrzebowałem górskich butów na wyprawę, na której zapowiadało się na deszcz - i pół żartem, pół serio (bingo, po raz kolejny dzisiaj) stwierdziłem, że zamiast robić research, mógłbym wziąć ten kultowy model L.L. Beana. A że akurat był na wyprzedaży w jakimś niemieckim sklepie górskim…
Te buty uratowały mi stopy, SERIO - gdy prognozy spełniły się z nawiązką i w dobę spadło 60mm deszczu, mokre miałem wszystko, poza skarpetkami.
Co w tej rzeczy nietypowego?
Te buty są memem - i były nim przed kulturą internetowych memów. Myślę, że nazwanie ich Fiatem Multiplą obuwniczego świata nie byłoby na wyrost.
Co sprawia, że nie byłby to dobry zakup?
Przyjdzie zaraz ktoś, kto jest wkręcony w górskie wędrówki i powie, że da się lepiej. Że zamiast gumy do kostek można iść w jakieś Gore-Texy, sreksy itp. Do chodzenia na co dzień to trochę overkill. I ani to kalosz, ani but górski, ani ciepły trzewik. Kompromis pomiędzy kompromisami.
Ale ja polecam i zapewniam, że są tak brzydkie, że aż ładne.
Jak trafiła w moje ręce?
Te niecałe dwie dyszki na Vinted wydałbym jeszcze raz, i jeszcze raz, dla:
wkurzenia twardogłowych elegantów,
sprawdzenia, o co chodzi z tym memem,
przekonania się, że ta rzecz serio może mieć sens.
Co w tej rzeczy nietypowego?
Mimo wszystko nie jest to najbardziej ekstremalny przykład kamizelki z dwudziestoma kieszeniami - ma “ledwie” dwie duże z przodu i jedną w plecach (właściwie cały tył jest kieszenią). Za to uszyta jest z tkaniny w kamuflaż frogskin - czy tam duck hunter camo, kiedyś tłumaczyłem o co chodzi - przez co nie sposób jej nie zauważyć.
Co sprawia, że nie byłby to dobry zakup?
Jest to rzecz zarazem bardzo funkcjonalna i absolutnie funkcji pozbawiona, jeśli mówimy o szafie przeciętnego “entuzjasty klasycznej męskiej elegancji”.
Nie namawiam, ale…
Miało być +2, no i jest - do tego wspaniałego grona nie mógłbym nie nominować garnituru solaro oraz szortów camo.
Te drugie już znacie - choćby z wpisu o szortach - ale muszę o nich wspomnieć, bo są doskonałym przykładem pewnej tezy, o której jeszcze nie pisałem (a może powinienem?), że czasem to te rzeczy pozornie najmniej uniwersalne okazują się tymi, po której najczęściej się sięga. I tak, spodenki w kamuflaż frogskin, dwustronne, z dziwnym układem kieszeni (jedna z przodu, jedna z tyłu - za to i na lewej, i na prawej stronie), z surowym wykończeniem nogawki, noszę absolutnie najczęściej. A kupiłem je w sumie dlatego, że zostały po Perełkach, a cena była zbyt kusząca…
Ten pierwszy natomiast doczeka się samodzielnego artykułu, a co mi tam - czas na wpis blogowy w starym stylu, z sesją zdjęciową w plenerze, nutką teorii i historią mojego toksycznego związku z tą dziwną tkaniną, który obfitował w burzliwe rozstania i powroty.
Może za miesiąc, może za dwa - zobaczycie solaro na REWERSie!
A po drodze możecie jeszcze dać znać - tak wiecie, w celach statystycznych…
Ładowanie...
Aha, i żeby nie było - tego, co mi serio nie leży i/lub jest nieciekawe, pozbywam się bez ogródek. Nawet teraz coś wisi na moim Vinted, przed jesienią pewnie kolejna fala.
Jasne, że też mam swoje ulubione dżinsy, kilka koszul, które są wiecznie w cyklu noszenie-pranie-prasowanie, tę marynarkę, po którą sięgam jako pierwszą, jeśli tylko zrobi się wystarczająco chłodno czy buty, które stoją przy wyjściu… ale to ledwie wierzchołek góry lodowej. Nie mógłbym żyć tylko nimi, oj nie!

Comments
Nothing yet. Say the first thing.
Sign in to join the conversation.