To był moment, sto metrów od domu, na ostatniej prostej brzeg nogawki jedwabnych spodni dostał się między ogniwa rowerowego łańcucha i gromko trzasnął. Rezultat? Malownicza, nieregularna dziura w takim miejscu, że nie da się zaszyć bez śladu. A muszę się pochwalić, że jestem mistrzynią niewidzialnego zaszywania i gdybym była chirurżką plastyczną, z pewnością sława niosłaby się w świat. Spodnie jedne z ulubionych, zadbane i wypielęgnowane, wprawdzie prane w pralce, mimo zaleceń na metce, ale wciąż trzymające fason. I w ogóle cały ten jedwabny powab, lśniący i mięsisty, przy jednoczesnej delikatności. Dołączyły tym samym do grona ubrań przeoranych przez życie. W wielu przypadkach trafiłyby do garderoby drugiej kategorii po tytułem “ubrania po domu” czy “ubrania do ogrodu” (ile osób, tyle interpretacji). Ale nie u mnie. Bo mam w sobie jakąś dziwną słabość do rzeczy niedoskonałych, noszących ślady zużycia, czasem nawet dość znaczne.
Pierwsze świadome dziury w spodniach dumnie prezentowałam w ostatnich latach podstawówki, nosząc winowajczynie na nadgarstkach. Moje pokolenie z pewnością się domyśli. Chodzi o bransoletki przyjaźni: paseczki wyplatane techniką węzełkową z kolorowej muliny. Aby wychodziły równe, potrzebne było napięcie nitek. Agrafkę z robótką wpinało się więc w kolano, a kolano w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych najczęściej było przyodziane w dżins. Proste prawa fizyki i dziura gotowa. No to wpinało się agrafkę obok. Druga dziura gotowa. Pomiędzy - dziura trzecia, łącząca rychło wszystkie w jedną wielką. I tak dalej, i tak dalej. To był swego rodzaju kod. Masz dziurę w spodniach i o ile nie przynależysz do żadnej charakterystycznej subkultury, oznacza, że można z tobą pogadać o najróżniejszych technikach wyplatania albo chociaż wymienić kolorami bawełnianych motków. Albo zamówić bransoletkę dla siebie w ramach wymiany na kolorowe karteczki z papierniczego.
Bransoletki te również szybko traciły swoją doskonałość, zwłaszcza te noszone permanentnie. Zyskiwały nowy wymiar, jako wakacyjna pamiątka, symbol przyjaźni lub pierwszej miłości. To było widać zwłaszcza we wrześniu, gdy zaczynał się nowy rok szkolny, a my wracaliśmy opaleni i rozmarzeni, pełni nowych postanowień i świeżych wspomnień. Te sznureczki, niteczki, plecionki, koraliki stawały się czymś więcej niż tylko ozdobą. Liczył się zarówno ich autor, jak i kontekst wejścia w ich posiadanie, a potem też czas, który od tamtego momentu mijał.
Z kumplem z liceum mieliśmy ambicję stworzenia nowej, alternatywnej subkultury. Jakie miałyby być nasze wartości, tego nie ustaliliśmy, ale wiedzieliśmy dokładnie, jaki będzie dresscode. Dużo starych rzeczy. Płaszcze po dziadku, stare spodnie mamy, wymienialiśmy się zgodnie ciuchami, nie przypisując jej do żadnej płci. Nosiliśmy kurtki narciarskie moich rodziców na lewą stronę, nasze sztruksy z podstawówki z kompletnie wytartym siedzeniem, poplamione skórzane marynarki z lat siedemdziesiątych i poprute czapki z babcinych szuflad. Mile widziany był wybielacz Ace (wybielacz nad wybielacze, he he), którym można było wykonać piękne, niekontrolowane plamy na nowym t-shircie. Dość krótko te nasze fascynacje trwały, lecz pamiętam je do dziś jako jeden z filarów mojego podejścia do ubrań w ogóle.
Nazwałam to kiedyś “syndromem białych Converse’ów”, jako że największy obciach (słowo użyte celowo, by podkreślić czasy, w których było zasadne) stanowiło przyjście do szkoły w nowych butach. To się zawsze wiązało w niewielkiej skali, lecz jednak chrztem bojowym w postaci głośnych komentarzy o “zakupach z mamusią” albo innych niezwykle obraźliwych dla ucznia podstawówki epitetów. Converse’y były szczególnie niebezpieczne, bo śnieżna biel podeszwy i czubka dosłownie raziła w oczy. Ileż się człowiek musiał napracować, by między domem a szkołą odpowiednio je spatynować. Ile błotnych kałuż i piachu pokonać, ile długopisów i markerów wypisać… To coś jak biały gips w czasach nastoletnich. Przecież on wręcz woła: podpisz się na mnie! Albo biały mur. Właśnie w latach dziewięćdziesiątych w niezwykle pięknej dzielnicy Anin taki mur został świeżo odmalowany, by niemal natychmiast otrzymać w prezencie napis czerwonym sprejem: “Chcesz? Maluj z nami!”. Umówmy się, że zbyt gładkie i sterylne powierzchnie po prostu inspirowały lokalnych artystów. Rzeczony mur ujawnił, że wokół mieszkało ich całkiem sporo.
Nie namawiam do oblewania barszczem nowej białej koszuli czy niepotrzebnego zużywania wody, by sprać zbyt granatowe dżinsy. Jest po prostu coś niezwykle przyjemnego w ubraniach, które żyją razem z nami, nabierając różnych cech z czasem, najczęściej przypadkowo. Dlatego nigdy nie lamentowałam, gdy zaciągnęłam dzierganą sukienkę czy naderwałam kieszeń. Urwane guziki czasem celowo przyszywałam inną nitką, by było widać. A na przełomie tysiącleci dumnie nosiłam piętnaście centymetrów za długie nogawki, przydeptywane tyle razy, że zaczynały znikać.
Wiem, że istnieje cienka granica między znoszeniem a zniszczeniem, podobnie zresztą jak między ubraniową pedanterią a obsesją niepozwalającą na obecność nawet jednego psiego kłaczka na marynarce. Wierzcie lub nie, ale istnieją na tym świecie ludzie, którzy potrafią dostać histerii z tego powodu, podobnie zresztą reagują na drobne plamy czy zaciągnięcia. Podejrzewam, że mogą to być zintensyfikowane echa dzieciństwa i lamentów dorosłych nad każdą nabytą wadą ubrań czy butów. Tu zgodnie spotkają się podobne doświadczenia kilku pokoleń: milenialsów, xenialsów, a nawet boomerów. Dlaczego? Sprawa jest prosta: ubrań było mniej, kupowało się je rzadziej, a ceniło bardziej. Trudno od dziecka wymagać, by dbało o białą bluzeczkę konsumując zupę jarzynową, ale ta empatia to jednak znak naszych czasów. Utrzymywanie ubrań w czystości i doskonałości doprowadzone bywało do granic absurdu. Pozostały więc takie, a nie inne ślady. Lub - jak kto woli - plamy na psychicznej wytrzymałości.
Być może sympatia do rzeczonych wad nabytych wzięła się u mnie właśnie z takiego buntu przeciw zbytniemu gloryfikowaniu ubrań i nadawaniu im przesadnego znaczenia. Nie uważam, by jedna dziurka czy urwany guzik stanowiły wystarczający powód, by przestać ciuch nosić. Podobnie jak widoczne ślady naprawy. Albo nawet zagniecenia, gdy mam na coś bardzo ochotę, ale muszę wyjść z domu, a czasu na prasowanie brak. Dlatego tak kocham Miuccię Pradę (i wtórującego jej w temacie Rafa Simonsa): z zagnieceń uczyniła swój znak firmowy. Co ciekawe, od pewnego czasu zaczęły się pojawiać w jej kolekcjach również plamy. Do tej pory tego typu produkty - bo plamy u Prady to żadna nowość w modzie, umówmy się - były traktowane raczej jak błąd w systemie lub ciekawostka. Kto pamięta celowo zniszczone buty Balenciagi (całkiem nowe) z 2022 roku za niemal 2000$? Albo zachlapane farbą trampki Margieli? Bywa, że cała filozofia marki opiera się na takich podniszczeniach. Patrz: Golden Goose. Jej twórcy zainspirowali się znoszonym obuwiem kalifornijskich skaterów i w 2007 roku stworzyli pierwszy przybrudzony model. Jak sami piszą na swojej stronie internetowej, ich wybory projektowe mają celebrować niedoskonałość i autentyczność - nieodłączne cechy doświadczenia życiowego.
I właśnie to doświadczenie, pewien zastany w trakcie moment serwują nam dziś m.in. Prada i Simons, tu plamiąc mankiety, a tam nadrywając brzeg płaszcza i odsłaniając spodnią jego warstwę. Komunikaty są dwa i są skrajne. Bo z jednej strony wybierając coś z jesiennej kolekcji Prady, sygnalizować będziemy pełną świadomość obecnej mody, wprawdzie zrozumiałą tylko w środowisku modą zainteresowanym, lecz jednak. Z drugiej natomiast Prada legitymizuje opcję znoszoną i wysłużoną, więc wreszcie mogę spać spokojnie ze świadomością podartych jedwabnych spodni (ironia, acz nawet w tej ironii kryje się ziarenko prawdy, czasem potrzebujemy, by autorytet przyklepał nasze zwyczaje, by poczuć się pewniej). I tu kolejny paradoks: czyżby modne stawało się wyglądanie tak, jakby od dawna nic się nie kupiło?
W tym momencie, w którym moda znajduje się obecnie, rozdarcie między odpowiedzialnością a utrzymywaniem biznesu jest znacznie większe niż wszystkie dziury w naszych dżinsach razem wzięte. Nic się nie zgadza. Sygnały płynące z wybiegu nierzadko się wykluczają, czego rzeczona kolekcja jest najlepszym przykładem. Myśl jest tu jednak znacznie głębsza, szczególnie gdy weźmie się pod uwagę absolutnie genialny patent projektantów Prady na zaprezentowanie całej kolekcji na piętnastu jedynie modelkach, które za kulisami zdejmowały kolejne warstwy starannie skomponowanych stylizacji, by na wybiegu pojawiać się w kolejnych odsłonach. Ubieranie “na cebulkę” w wersji literalnej. Każda z nich miała cztery wejścia. Koncepcja godna naśladowania, choć znów: czy aby ją osiągnąć, musimy kupić pełny zestaw? Podaję prawidłową odpowiedź: oczywiście że nie.
To opowieść o naszych czasach, celowo lub nie (choć znając filozoficzne zapędy projektantki, celowo i przewrotnie) skłania do poszukiwań pośród własnych zasobów, układania ich na różne sposoby i kochania rzeczy takimi, jakie są, bez względu na stopień zużycia. Niesie sugestię przedefiniowania sposobu podejścia do ubrań, który dopadał nas na każdym kroku. Najprostszy przykład: przecież nie możesz się dwa razy pokazać publicznie w tej samej sukience. Czy to dbanie o to, byś zawsze robiła wrażenie, czy raczej o to, żeby biznes odzieżowy zawsze się kręcił? To się zmienia bardzo powoli dopiero od kilku lat, gdy zorientowałyśmy się, że nikogo w tej kwestii nie musimy słuchać, a ciągłe wprowadzanie tzw. trendów to w głównej mierze kolejny trik na podsycanie naszego pragnienia. Przekonywanie nas latami, że zaciągnięcie materiału czy widoczny ślad naprawy są wadą, wynika dokładnie z tego samego.
Czy wiecie, że na przełomie wieków slogan reklamowy pewnej sieciówki brzmiał: “Kup, ponoś i wyrzuć”? Informacja ta została oczywiście wymieciona z internetu, zwłaszcza że wtedy internet mało co indeksował. W tej kwestii polegam na mojej pamięci, hasło miało być żartobliwe i dotyczyć super niskich cen, a okazało się brutalnie prorocze.
Pozytywną zmianę przyniósł ubocznie film “Matrix” w 1999 roku i nie mam na myśli perfekcyjnie skrojonych skórzanych maxi płaszczy, lecz ubrania, które bohaterowie nosili w swojej bazie. Celowo znoszone, poprute, wyraźnie stare i wysłużone. Miały w sobie coś intrygującego i wręcz seksownego. Z jednej strony dystopijny niepokój, a z drugiej zażyłość, do której osiągnięcia potrzebne są lata.
No właśnie: lata. Jak mocno zmieniła się perspektywa czasu w ostatnich dwóch dekadach? Choć marki zarzekają się, że kochają planetę i robią wszystko, by ją uratować, komunikat jest zazwyczaj jeden: kup nowe. Musisz nadążać za modą, odświeżyć garderobę na nowy sezon, zadbać o swój wizerunek i udowodnić, że jesteś na czasie. Gdzie w tym wszystkim miejsce na noszenie do zdarcia i w ogóle zbudowanie osobistej kolekcji ubrań, z której będziemy korzystać tak długo, jak tylko to możliwe? Kto choć raz nie znalazł w szafie supermodnego (czyt.: viralowego) ciucha, którego nie zdążył ponosić, bo zmieniły się sezon i preferencje? A może by tak wreszcie go oswoić, skoro tak długo już leży, zamiast dawać się presji z zewnątrz i komunikatom, których wcale nie musimy brać do siebie?
Tu chciałabym się podzielić swoim zeszłorocznym tiktokowym odkryciem. Śledzę z zapartym tchem odzieżową podróż Eliny Määttänen, niegdyś projektantki w markach luksusowych, a dziś doktorantki fińskiego Uniwersytetu Aalto, badającej nasze relacje z ubraniami. A dokładniej tzw. “clothing domestication”, co przetłumaczyłabym jako “oswajanie ubrań” (dosłowniej “udomowianie”). Dokonuje ona skrupulatnych obserwacji na linii nosząca - noszone, odnotowując własne odczucia przy okazji prób oswajania kolejnych elementów swojej garderoby. Jak to działa? Bierzemy coś, co leży w naszej szafie od dawna, ale z niejasnych powodów nie jest zbytnio używane. Po czym nosimy, nosimy i jeszcze raz nosimy, przyglądając się wszystkiemu, co rzecz w nas wywołuje. Nierzadko też konfrontując się z bardzo niewygodnymi wnioskami. To się może udać, lecz nie musi. Gdy się uda, ubranie staje się częścią nas i sięgamy po nie automatycznie. W ten sposób budujemy prawdziwą, głęboką relację i uczymy się nosić to, co nas otacza, zamiast w pierwszym odruchu sięgać po kartę kredytową. Zresztą sprawdźcie same, Elina genialnie wprowadza w temat, ja tu na potrzeby tekstu dość powierzchownie go nakreśliłam.
I teraz zastanawiam się, czy aby nie to właśnie robiliśmy ze śnieżnobiałymi trampkami w podstawówce, by poczuć się w nich bardziej sobą? Zdecydowanie mniej naukowo, lecz proces - jakkolwiek nieuświadomiony - pozostawał z grubsza ten sam. Może więc nie chodzi o obronę dziurawych rzeczy za wszelką cenę, lecz możliwość swobodnego wyrażania się poprzez ubranie? Dokładnie takie, jakie lubimy i jakie nam w danym momencie odpowiada?
Na koniec kilka tekstów, które złożyły się poniekąd na dzisiejszy:
Skąd wiadomo, że to koniec?
·
April 26, 2022
Rzeczy, których nigdy nie założysz
·
May 6, 2024
Jeśli nosisz te ubrania, to znaczy, że straciłaś kontrolę nad swoim życiem
·
May 14
Szary dres i kapcie, a może sprana bluza i piżamowe spodnie? Wstydź się, masz pognieciony t-shirt, psią sierść na wełnianej marynarce i rozwiązane buty. I jakim prawem nie umalowałaś się, wychodząc rano do sklepu? Toż to brak szacunku dla każdego, kogo będziesz mijać! Weź się w garść i zrób coś ze sobą, kobieto, bo patrzeć się na ciebie nie da.
Nie chcesz tej sukienki...
·
August 14, 2025
Naprawdę jej nie chcesz. Ani tej sukienki, ani tej torebki, ani tej kurtki. Nie chcesz. Nie znaczy to, że nie ma pragnienia, tylko że nie dotyczy ono tego konkretnego przedmiotu. Ile razy miałam okazję się o tym przekonać? Przestałam liczyć. Do dziś się nabieram, tylko w przeciwieństwie do dawnych czasów, nie idę dalej. O co chodzi?
Czy nosisz swoje ubrania?
·
November 30, 2025
Tknęło mnie ostatnio, gdy po raz kolejny przyglądałam się siostrom Olsen. Rzecz jest subiektywna, ale uważam, że ich styl jest genialny. Noszą się z taką swobodą, nonszalancją i pewnością, jakich niejedna z nas mogłaby im pozazdrościć. Media społecznościowe pękają w szwach od video poradników typu “Wyglądaj jak Olsenki za mniej” czy po prostu “Odtwórz s…
No posts

Comments
Nothing yet. Say the first thing.
Sign in to join the conversation.