Dziś lekka obsuwa, że tekst zamiast w sobotę jest w niedziele. Niemniej finalnie z mojej strony jest wpis z tych „na bieżąco”, trochę jako komentarz do sytuacji. A o czym będzie mowa? Nike i jego kampania reklamowa przy okazji bostońskiego maratonu.
Maraton w Bostonie to niewątpliwie jest światowy top imprez biegowych - jako ta z tradycjami, gdzie większość uczestników musi spełnić minima wynikowe dla danej kategorii wiekowej aby się zakwalifikować. Nike nie jest głównym sponsorem biegu, ale nie przeszkadza to w zrobieniu kampanii reklamowej przy okazji biegu. Choćby przy zeszłorocznym maratonie w Londynie zrobili bardzo fajną akcję z hasłami reklamowymi wzdłuż trasy na bilbordach (dobra, była grupa osób, która nie była fanami tych haseł). Teraz w Bostonie zrobili coś podobnego, lecz tym razem oddźwięk był zgoła inny.
„Runners welcome. Walkers tolerated”. Chyba miało być chwytliwie i trochę zadziornie, a wyszło co innego… W social mediach przelała się fala krytyki ze strony biegaczy, gdzie tylko pojedyncze głosy wynajdywały tą uszczypliwość, o którą Nike’owi zdaje się chodziło. A dlaczego ta krytyka? Dla osób mniej zaznajomionych z bieganiem - maraton to 42,2km, nie bez powodu zwany dystansem królewskim, który w swojej naturze bywa mało przewidywalny. Można zrobić całą robotę treningową, a na linii startu mieć gorszy dzień, słabszą pogodę, przez co finalnie nie jest się w stanie pobiec na miarę swoich możliwości (gdzie poziom minięcia się z celem to nie minuta a dziesieć bądz więcej minut). Przez to przejście do marszu naprawdę nie jest niczym upokarzającym. Więcej - dawny biegacz i później trener Jeff Galloway opracował program biegowy dla amatorów, który właśnie polegał na przeplataniu biegania marszem, dzięki czemu łatwiej jest pokonać długi dystans. A żeby było ciekawiej - Galloway ma rekord życiowy w maratonie 2:16:35, gdzie przez stacje z wodą… przechodził a nie przebiegał (przechodząc łatwiej się napić). Stąd nacechowanie chodzenia podczas startu jest w środowisku biegowym po prostu źle odbierane - szczególnie że na maratonach elita i subelita to jakieś góra 2% startujących? Reszta to amatorzy - czyli klienci marek sportowych.
Finalnie Nike ugiął się po presją i usunął to hasło. Można na to patrzeć przez pryzmat, że nie ważne jak mówią, byle mówili. Tylko czy Nike może sobie pozwalać na takie sytuacje? Co jak co, w kategoriach marketingu to ta marka zawsze była top - można nie być fanem ich produktów, ale to jak potrafili je reklamować, wzbudzać pożądanie - bez dwóch zdań byli w tym świetni. Tylko czy ciągle są? Czy takie potknięcia to wypadek przy pracy, czy faktycznie jak część osób twierdzi - już nie mają tego czucia rynku co dawniej?
No posts

Comments
Nothing yet. Say the first thing.
Sign in to join the conversation.