Powoli chyba stanie się to taką małą tradycją, że raz na cztery tygodnie będę odświeżał jakiś swój starszy tekst. W tym tygodniu trochę brakowało mi czasu na dokończenie rozgrzebanych tesktów, ani też nie miałem jakieś myśli, którą jestem w stanie szybko przelać na klawiaturę (tj. choćby przed tygodniem tekst o And1).
Dziś przypomnienie tekstu z lipca 2017 roku, czyli prawie sprzed dekady…
Za dzieciaka opcja pojechania do centrum miasta, możliwość przejścia się po sklepach, była czymś wyjątkowym, na co się wyczekiwało. Oczywiście, lata ’90, era przed internetem, to zupełnie inny okres pod całą masą względów - ale czasem się zastanawiam, czy to ja mentalnie się tak zestarzałem, czy wszystko wokół tak bardzo się zmieniło?
Robiąc jeszcze wspominki do czasów gdy było się nastolatkiem i rynek butów i nie tylko wyglądał zgoła odmiennie jak teraz. Odkąd pamiętam, zawsze lubiłem dorwać w swoje ręce katalogi producentów/sklepów, słynne „chciałbym/kupiłbym”, w obcych miastach przejście się w poszukiwaniu skateshopów czy sportowych było swoistym obowiązkiem. Czemu o tym piszę? Podczas niedawnego krótkiego wypadu urlopowego w kraju i zahaczenia o galerię handlową po 5 minutach miałem ochotę wyjść. Nie, nie było tłoczono, nic z tych rzeczy. Po prostu poczułem się, jakbym był w swojej pobliskiej, tylko sam pasaż wygląda nieco inaczej, bo sklepy wszędzie te same. Te same sieciówki, ten sam towar, nic co by przykuło wzrok - czyli swoista nuda i bezpłciowość.
Na szybko zestawiając to z zachodem - tam pojęcie concept shopu ma rację bytu i niejeden sklep który znamy z sieci, stacjonarnie ma mały punkt, gdzie jest kilka rzeczy na krzyż (bo magazyn zupełnie gdzie indziej). Ale ma to swój klimat. Dywagacje na temat różnic między nami a zachodem można by prowadzić bardzo długo, niemniej co zdarza mi się być w Berlinie czy Amsterdamie, zawsze gdzieś tam jest ten efekt „wow”.
Nie jest odkryciem, że internet jest rewolucją na całej masie płaszczyzn które trudno nawet zliczyć. Można szybciej, łatwiej, bez wychodzenia z domu albo już nawet bez pomocy komputera załatwić całą masą rzeczy. Teraz po nowości jeśli nie przecieki w temacie obuwniczych odpala się strony, blogi, instagramy. Chcemy coś kupić? Rzut okiem w sieć jak coś wygląda na zdjęciach w różnych sklepach, przy okazji wygoogluje się ich wygląd na nodze. Stacjonarki stały się miejscem gdzie idziemy przymierzyć, zobaczyć czy jakość jest OK, albo są też swego rodzaju uwierzytelnieniem że to nie „firma-widmo”, „pośrednictwo w zakupach” gdzie paczka idzie z Chin. Stąd nie jest nadużyciem twierdzenie, że sklepy stacjonarne stały się tak naprawdę „wizytówkami” - mają reklamować, bo tak naprawdę sprzedaż i tak odbywa się głównie online.
Tak, jest to kolejny łabędzi śpiew za przeszłością, kiedy to wchodziło się do sklepu i było się zaskoczonym tym, co właśnie się zobaczyło. Nawet można powiedzieć więcej - co tydzień chodziło się do sklepu oglądać tego samego buta, bo to był jedyny sposób aby go zobaczyć…
Dobra, dziś trochę pomarudziłem - lecz to była jedna z tych myśli która jakoś za mną chodziła od dłuższego czasu. Jeszcze kilka małych lat temu odwiedzanie każdego sklepu za butami było „jak Amen w pacierzu” - teraz będąc szczerym coraz częściej będąc w rodzimych galeriach handlowych po prostu omijam takie sklepy. Nie czuję aby mogły mnie one czymś zaskoczyć (bardziej liczę że coś trafię w TK Maxxie…). Ale nie oznacza to, że wszystko stracone. W dobie wypychania wszystkiego online raz po raz widzimy że niektóre sklpey z częścią wydań stara się, aby były one przynajmniej przez jakiś czas dostępne wyłącznie stacjonarnie. Aby klient musiał po to przyjść, aby można było go zaskoczyć tym, że coś nie musi rozjeść się tylko w 2 minuty w sieci. OK, zaraz mogą pojawić się głosy, że ja musiałbym jechać 500km do tego miejsca, a mogę to zamówić online na pewno z jakiegoś zachodniego sklepu. Oczywiście że możesz - ale czy butgra polega tylko i wyłącznie na tym, aby kupić wszystko nie wychodząc z domu i nie próbować czasem zapolować na coś nie tylko poprzez licytację na eBay’u? Internet odebrał nam trochę tego czynnika ludzkiego, lecz stawiam że niejedna osoba która to czyta ma w swoich zbiorach parę którą trzyma trochę przez sentyment za to w jaki sposób udało się ją kupić w jakimś sklepie.
Cóż, patrząc na to po czasie - ja prawie wszystkie swoje sentymentalne pary butów finalnie sprzedałem ;) Niemniej generalnie wiele się nie zmieniło - internet jeszcze bardziej zawładnął wszelakimi zakupami, gdzie teraz już nawet nie na kompie a na telefonie wszystko się zamawia. Plus przez to, że duże sklepy internetowe oferują darmowe zwroty, to nawet wolimy wszystko zamawiać online, na spokojnie przymierzać, niż podejmować decyzję w sklepach stacjonarnych. Jako że samemu wziąłem mocny krok w tył w temacie sneakersów i streetwearu, to aktualnie chodzenie po sklepach ma u mnie bardziej charakter oglądania jak lokal został zaprojektowany (tzw. zboczenie zawodowe…), niż tego co jest w nim eksponowane. I chyba faktycznie jest to jakiś rodzaj mentalnej starości, że to co kiedyś sprawiało mi frajdę, dziś niekoniecznie.

Comments
Nothing yet. Say the first thing.
Sign in to join the conversation.